fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dane gospodarcze

Indusi wciąż zmagają się ze skutkami reformy monetarnej

Bloomberg
Już miesiąc trwa największa w historii Indii reforma monetarna. Z dnia na dzień przestały obowiązywać banknoty o najwyższych nominałach. Reforma ma na celu ograniczenie i opodatkowanie szarej strefy, która stanowi ponad połowę indyjskiej gospodarki.

Rankiem 9 listopada 2016 r. Indie obudziły się w nowej rzeczywistości. Dla wielu zaczął się koszmar na jawie.

Dzień wcześniej, późnym wieczorem, premier Narendra Modi w niezapowiedzianym orędziu do narodu mówił o wojnie z terroryzmem. Akurat nie było to niczym nowym, zwłaszcza po atakach na bazy wojskowe w Kaszmirze, lecz tym razem wojna z terrorem miał związek z szarą strefą.

„Terroryzm jest przerażającym zagrożeniem. Ale czy kiedykolwiek państwo myśleli, skąd ci terroryści mają pieniądze?" - mówił premier w transmisji na żywo, o której ministrowie dowiedzieli się chwilę wcześniej podczas zebrania gabinetu. Do końca przemówienia mieli pozostać w sali, gdzie nie mieli dostępu do swoich telefonów komórkowych. Obawiano się przecieku.

„Wrogowie po drugiej stronie granicy prowadzą działania używając fałszywej waluty. Wiele razy zostali złapani z fałszywymi banknotami 500- i 1000-rupiowymi" - tłumaczył Narendra Modi.

Przemówienie rozpoczęło się o ósmej piętnaście wieczorem i nie pozostało wiele czasu na reakcję. Już trzy godziny później banknoty o najwyższych nominałach nie były legalnym środkiem płatniczym w Indiach.

Stare banknoty, które stanowią 86 proc. wszystkich banknotów w obrocie, zastąpiono nowymi o nominałach 500 i 2000 rupii (równowartość 30 zł i 120 zł). Władze oświadczyły, że można je wymienić w bankach i wyciągnąć z bankomatów. Teoretycznie.

„W praktyce nazajutrz nie było ich ani w bankach ani w bankomatach" - mówi PAP Smriti Sain z Delhi. Smriti jest młodą projektantką torebek i od kilku lat prowadzi własny biznes. Nowe banknoty nie dojechały na czas do oddziałów. Co gorsza wszystkie bankomaty trzeba było przestawić na mniejsze wymiary nowych środków płatniczych.

Zaczęła się gonitwa od oddziału do oddziału. Przez kilka pierwszych dni można było wyciągnąć z konta do 10 tys. rupii dziennie i 20 tys. tygodniowo (obecnie 24 tys. na tydzień). Za to w okienku w połowie listopada limit wymiany z 4 tys. zmalał do 2 tys. rupii.

Długie kolejki niechętnie rozchodziły się po wyczerpaniu zapasu nowych banknotów. Złość wylewała się na pracowników banków. Szefowie placówek prosili policję o ochronę przed tłumem coraz bardziej poirytowanych obywateli.

Nic dziwnego, bo dla wielu gotówka jest sprawą życia i śmierci. W mieście Puna w centralnych Indiach szpital odmówił przyjęcia niemowlęcia, ponieważ rodzice nie mieli całej sumy za leczenie w nowych banknotach. Nie chciano zaakceptować karty kredytowej ani czeku. Dziewczynka wymagająca operacji serca zmarła. Półtora tygodnia po orędziu w kolejce w tym samym mieście zmarł 70-letni mężczyzna. Rodzina domaga się rekompensaty finansowej.

Uttar Pradeś, stan na północy Indii, jako pierwszy zaczął wypłacać pieniądze krewnym osób, których śmierć można powiązać z reformą. Razia z miasta Aligarh przez pięć dni próbowała wymienić sześć banknotów 500-rupiowych i w końcu zdesperowana się podpaliła. Rodzina otrzymała 500 tys. rupii rekompensaty (ok. 30 tys. zł). Reforma nie oszczędziła pracowników banków - w stanie Harjana zmarł 56-latek pracujący po 18 godzin dziennie.

Po około trzech tygodniach, gdy początkowe poparcie społeczeństwa zaczęło maleć, a ludzie kwestionowali reformę, władze przestały wspominać o wojnie z terroryzmem i fałszowaniu waluty przez terrorystów. Jak wynika z badań portalu India Spend, władze przede wszystkim zaczęły mówić o zwrocie kraju w stronę nowoczesnej gospodarki bezgotówkowej.

„Ogromna większość ludzi w Indiach nie ma kont bankowych, bo przecież nawet system dowodów tożsamości jest nowością" - tłumaczy Vishal Sharma, który jako konsultant doradzał rządowi podczas wprowadzania karty Adhaar, narodowego dowodu tożsamości. Wydawanie kart wciąż trwa i jest na poziomie 90 proc. „To było ogromne wyzwanie, a zmuszenie ludzi do założenia kont bankowych, zwłaszcza na wsiach, jest jeszcze trudniejsze" - ocenia, dodając, że sieć banków jest słaba i szybko się nie poprawi.

Na początku grudnia przeszedł czas na wypłatę wynagrodzeń. „Większość moich pracowników nie ma konta bankowego, jeden ma krewnego w szpitalu, żona innego będzie za chwilę rodzić. Gotówka jest niezbędna" - mówi Smriti i dodaje, że ludzie w miastach, klasa średnia i tak jest uprzywilejowana.

Na zmianach cierpią robotnicy żyjący za dniówkę. Handel siadł. Kryzys dotknął mały i średni biznes, targowiska i osiedlowe sklepy „kirana", gdzie wszyscy płacą gotówką. Obroty spadły tam o jedną czwartą.

„Ludzkie nawyki zmieniają się bardzo wolno. Całe lata zajmie gospodarce przejście na plastikowy pieniądz. Właściciele małych sklepów i biznesmeni - trzeba przygotować ich do przyjmowania kart kredytowych" - ocenia w wywiadzie dla magazynu "The Caravan" Arun Kumar, ekonomista zajmujący się szarą strefą.

Ten ekspert wykładający na Uniwersytecie Jawaharlala Nehru uważa, że cała reforma jest źle pomyślana. „Według moich wyliczeń czarna strefa (czyli nieopodatkowane dochody) wzrosła do 62 proc. PKB w 2013 roku. W tym komponent gotówkowy to ledwie 3 proc." - zdaniem Kumara „czarne bogactwo" jest ukryte w nieruchomościach i złocie.

W Indiach nie brakuje sprytnych ludzi, którzy tuż po orędziu zabrali się za obchodzenie nowego systemu.

Jedna z firm dostarczających pojemniki z posiłkami do biur w Bombaju wykorzystywała swoją sieć posłańców do wymiany waluty w różnych oddziałach banków. Jubilerzy, dystrybutorzy sprzętu medycznego, sprzedawcy elektroniki, agenci nieruchomości przyjmują starą walutę i księgują zakupy z datą wsteczną. Właściciele ziemscy, lokalni baronowie, u których zadłużone są często całe wioski, zmuszają ludzi do zakładania kont. Pieniądze po jakimś czasie do nich wrócą.

„Nie jesteśmy europejską gospodarką. Powinniśmy poruszać się w tej sferze ostrożnie i walczyć z czarną strefą poprzez inne mechanizmy" - mówi Arun Kumar. Uważa, że takim rozwiązaniem są po prostu śledztwa podatkowe, zwłaszcza na rynku nieruchomości. „Reforma jest twardym rozwiązaniem, ale opiera się na błędnych przesłankach" - kończy.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA