fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Prof. Jan Walewski: Polski lek na koronawirusa

Prof. Jan Walewski
materiały prasowe
Nasz pomysł polega na połączeniu bakteriofaga z nanoprzeciwciałami – mówi o koncepcji polskiego leku na koronawirusa dyrektor Narodowego Instytutu Onkologicznego prof. Jan Walewski

Panie profesorze, jest pan dyrektorem Narodowego Instytutu Onkologii – Państwowego Instytutu Badawczego, największego szpitala onkologicznego w Polsce. Jak sobie radzicie w czasach zarazy?

Musimy sobie radzić, ale łatwo nie jest. Oprócz codziennych kłopotów jakie do tej pory mieliśmy doszły nowe problemy, a stare się pogłębiły i uwypukliły. Czyli standardowo brak kadr. Do tej pory brakowało głównie personelu medycznego, teraz brakuje pracowników w zasadzie wszystkich specjalności. Braki kadrowe jakie powstały choćby z powodu tego, że np. ktoś musiał zaopiekować się dziećmi są bardzo duże. Sami wprowadziliśmy z powodu zagrożenia epidemicznego zasadę, że nasi pracownicy nie powinni świadczyć pracy w innych miejscach. Dochodzi stres, zmęczenie, często i strach. Mamy wspaniałych pracowników pełnych poświęcenia. Korzystając z okazji chciałbym im bardzo serdecznie podziękować, jestem dumny, że mogę z nimi pracować. W związku z tą sytuacją cierpią finanse Instytutu. Co prawa w tym zakresie NFZ bardzo się uelastycznia i wprowadza ułatwienia, stara się zapewnić większą płynność finansową, jednak to nie zastąpi braku na rynku dostępności np. środków ochrony osobistej i ich rosnących cen. Kontrakty, które mieliśmy podpisane z firmami na ich dostawę są zrywane. Ten początek był bardzo trudny, nie wiem jak tego dokonało nasze zaopatrzenie, ale tu wielkie ukłony w ich stronę. Dziś jesteśmy w miarę dobrze zabezpieczeni w środki ochrony osobistej. Oczywiście rozsądnie nimi gospodarujemy.

Czytaj także: Polski lek na koronawirusa – przełom w walce z epidemią

Pacjenci onkologiczni to pacjenci podwyższonego ryzyka w przypadku zarażenia koronawirusem, jak bardzo jest ten wirus niebezpieczny dla tych pacjentów?

Pacjenci onkologiczni, którzy są w trakcie chemioterapii, czy radioterapii lub nawet po leczeniu chirurgicznym są bardzo podatni na wszelkiego rodzaju infekcje. Ich układ odpornościowy jest mniej skuteczny. Bezwzględnie muszą bardziej na siebie uważać i my, którzy niesiemy im pomoc musimy być jeszcze bardziej czujni w obecnej sytuacji. Zarazić dziś się może każdy. Dodatkowo jest jeszcze jeden bardzo istotny aspekt, który muszę tu poruszyć. Leczenie onkologiczne jest leczeniem ratującym życie. Pacjenci onkologiczni z racji samej choroby już mają ogromny stres. Słysząc, że w jakiejś placówce onkologicznej pojawił się koronawirus, mogą się zwyczajnie przestraszyć i przerwać leczenie. Apeluję, aby nie przerywać leczenia! Jeżeli placówka nie odwołała wizyty, to proszę leczenie bezwzględnie kontynuować. Nieleczony nowotwór na pewno doprowadzi do śmierci, a można się ustrzec od zarażenia koronawirusem. Mam też apel do mediów, by bardzo stonowanie relacjonowały sytuacje związane z pacjentami onkologicznymi, uważały na „fake newsy”. Każda odpowiedzialna placówka medyczna, informuje o przypadkach zarażenia i stosuje procedury. Nikt z nas nie będzie narażał tej szczególnej grupy pacjentów.

Czy w tej ekstremalnie trudnej sytuacji system opieki zdrowotnej w obszarze onkologii zdaje egzamin?

Ciężko mi z tego miejsca oceniać cały system, bowiem każdy z nas koncentruje się dziś na swojej własnej jednostce. W moim przekonaniu w obszarze onkologii nie jest tak źle. Po tych początkowych perturbacjach, kiedy ktoś przerwał przyjmowanie pacjentów, dziś wydaje się, że sytuacja się normuje. Krzepniemy w obliczu tej pandemii. Każda jednostka musi się liczyć z zawirowaniami, chwilowo wyłączonym z funkcjonowania jednym czy drugim oddziałem, ale nie przerywamy leczenia i diagnozowania naszych chorych. Wydaje się, że jesteśmy niestety troszkę spóźnieni we wprowadzaniu pewnych dobrych pomysłów, które były procedowane w Ministerstwie Zdrowia. Bardzo by się przydała teraz Krajowa Sieć Onkologiczna, o którą tak zabiegało ministerstwo, a która napotykała tyle przeszkód. Dziś by ułatwiła sterowanie przepływem chorych w przypadku wyłączenia poszczególnych oddziałów w ośrodkach onkologicznych. Wtedy mogłaby być skuteczna infolinia dla pacjentów onkologicznych, których można by było kierować do właściwych placówek. Z tym nie zdążyliśmy, ale obecna sytuacja pokazuje, że to jest jednak potrzebne. Podobnie jak potrzebna jest jednostka koordynująca te wszystkie wysiłki onkologów w Polsce.

Mimo że jako pierwsi w Polsce uruchomiliście specjalne procedury i wprowadziliście zakaz odwiedzin to jednak nie ustrzegliście się przed przypadkami koronawirusa w szpitalu. Co zawiodło?

Ten przeciwnik jest bardzo podstępny. To prawda, że jako jedni z pierwszych w Polsce wprowadziliśmy pewne procedury, kontrole osób wchodzących, ustaliliśmy zasady, które obowiązują personel, pacjentów i ich rodziny, wprowadziliśmy zakaz odwiedzin na oddziałach, nie rotujemy w miarę możliwości personelem między oddziałami. Jest to wszystko wyjaśnione na naszej stronie internetowej po to, żeby chronić naszych pacjentów. Jest to szczególnie ważne w przypadku tak dużej, jak nasza jednostki medycznej, która rocznie ma prawie 400 tys. porad ambulatoryjnych, 10 tys. operacji, blisko 100 tys. osób hospitalizowanych, prawie 3000 pracowników. A mówię tu o samej tylko Warszawie. To nie jest pytanie „czy dojdzie do zarażeń?”, tylko „kiedy?”. Niestety wirus potrafi u niektórych osób zarażonych nie dawać żadnych objawów. Bronimy się procedurami, które są dostosowywane w miarę jak poznajemy specyfikę jego transmisji. Uczymy się tego wirusa, tak jak uczy się go cała Polska i świat. Jednak jak pokazuje przykład Oddziału Nowotworów Płuc i Klatki Piersiowej odpowiednie procedury, odpowiedzialność pracowników i pacjentów, pozwalają ograniczyć zasięg i konsekwencje takich przypadków. Proszę sobie wyobrazić, że nasza pracownica, której wynik okazał się pozytywny, wcześniej 4 dni pracowała na oddziale i … nie zaraziła nikogo. Wszystkie testy zarówno pracowników jak i pacjentów okazały się negatywne. To pokazuje, że daje się nad tym zapanować, ale w tym całym systemie nie może zawodzić jego najsłabsze ogniwo czyli człowiek. Kolejny przypadek Oddziału Nowotworów Układu Moczowego, pacjent z koronawirusem spędził u nas jakiś czas i dziś mamy już część testów kadry medycznej. I znowu, nikt nie jest zainfekowany! Czekamy na resztę wyników, jednak to pozwala mieć nadzieję, że przypadek zarażonego pacjenta był incydentalny.

NIO to nie tylko szpital, ale również ośrodek naukowy. Jest pan liderem projektu stworzenia leku na koronawirusa.

Jesteśmy Państwowym Instytutem Badawczym i naszym obowiązkiem jest mierzyć się z takimi wyzwaniami. Mając zasoby sprzętowe, kadry, a przede wszystkim pomysły, grzechem zaniechania byłoby nie spróbować. Od lat pracujemy nad różnymi koncepcjami i kiedy Agencja Badań Medycznych ogłosiła, że chce finansować prace nad poszukiwaniem terapii przeciwko koronawirusowi SARS-CoV-2 przystąpiliśmy do niego wspólnie z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN oraz innymi naukowcami. Jest ona inna niż większość prac prowadzonych nad tym wirusem. Ale w naszym przeświadczeniu może okazać się skutecznym przełomem, o czym może świadczyć duże zainteresowania z jakim się spotyka nawet ze strony innych państw.

Czym ten lek różni się od szczepionki? Ostatnio bardzo dużo się mówi o poszukiwaniach szczepionki, a NIO w swoich badaniach poszedł w zupełnie innym kierunku. Dlaczego?

Nasze myślenie było zdeterminowane tym z jakimi pacjentami mamy do czynienia. Pacjent onkologiczny, jak mówiliśmy wcześniej jest pacjentem o obniżonej odporności. Takiemu pacjentowi nie możemy podać szczepionki, bo mogłaby go zabić. Szczepionka to w dużym uproszczeniu mówiąc najczęściej „osłabiony" wirus lub jego elementy , którego pojawienie się w organizmie człowieka stymuluje jego układ odpornościowy do wytworzenia skutecznie zwalczających tego wirusa przeciwciał. Jednak jeżeli układ ten jest, jak w przypadku pacjentów onkologicznych, bardzo osłabiony to on sobie nie poradzi z wytworzeniem tych przeciwciał, a mało tego może zareagować w sposób zupełnie inny i trudno przewidywalny. W przypadku tego wirusa jest też problem jego specyficznej konstrukcji. Nie wdając się w szczegóły wydaje się, że nie uda się zastosować metody, jaką stosuje się najczęściej przy tworzeniu większości szczepionek. Są prace, które mówią, że podanie przeciwciał nie tylko może nie zapobiec chorobie, ale wręcz może ułatwić wchodzenie wirusa do komórki czyli taki sposób leczenia też może nie być skuteczny. W przypadku tego wirusa działa pewien mechanizm: enzym, który jest nietypowy dla wnikania koronawirusów, przecina białko S, które zakotwicza wirus przy receptorze. Bez unieszkodliwienia tego skomplikowanego mechanizmu kotwiczenia się wirusa i rozcinania, trudno będzie zahamować wchodzenie wirusa do komórki.

Druga kwestia sprowadza się to tego, że szczepionka nie leczy. Szczepionka zabezpiecza zdrowych, a co z tymi, którzy są już chorzy? Nie uratujemy ich w ten sposób. Dodatkowo, zastosowanie szczepionki na całej populacji np. Polski będą to ogromne koszty, nie wiem czy budżety państw są na to gotowe. Stąd pomysł na lek, który będzie można podawać tylko tym, którzy ciężko przechodzą infekcję.

Na czym opiera się ten pomysł?

Nasz pomysł polega na połączeniu bakteriofaga z nanoprzeciwciałami. W naturalnych warunkach bakteriofag, jest wirusem atakującym bakterie. Można powiedzieć, że nie „widzi" ludzkiego wirusa, dlatego naszym zadaniem jest wyposażyć takiego bakteriofaga w urządzenie, które umożliwi mu rozpoznanie i przyłączenie się do tego konkretnego patogenu. W naszym projekcie chcemy wykorzystać nanoprzeciwciało, które umieścimy na główce bakteriofaga. To nanoprzeciwciało rozpozna wirus SARS-CoV-2 i uniemożliwi mu wniknięcie do ludzkich komórek. Bakteriofagi są wykorzystywane w terapii od dziesięcioleci i są bezpieczne dla człowieka. Nanoprzeciwciała są od niedawna testowane jako potencjalne leki. Dotychczas nikt jeszcze nie wykorzystał połączenia bakteriofag-nanoprzeciwciało do walki z wirusami ludzkim. Jesteśmy pionierami.

Kiedy przystępujecie do pracy?

Właściwie, prace już się rozpoczęły. Skompletowaliśmy Zespoły składające się nie tylko z młodych i zdolnych ludzi, ale również zasiliło nas grono ekspertów. Pozyskaliśmy część odczynników niezbędnych do pracy. Zespół z IBB za pomocą nowatorskiej metody zsyntetyzował sekwencje fragmentów wirusa, i tu należy podkreślić, że zrobiono to bez wykorzystania materiału genetycznego wirusa jako matrycy. Zaoszczędziliśmy czas. W NIO również prace przebiegają w bardzo szybkim tempie. Rozpoczęliśmy już przygotowywanie narzędzi do zrobienia biblioteki nanoprzeciwciał. To jest czasochłonne ale przyspieszamy, to dla nas swoisty wyścig z czasem i pomimo ograniczeń pracujemy ze zdwojoną siłą. Tak naprawdę to nie możemy się doczekać chwili, kiedy spojrzymy w mikroskop i zobaczymy efekty.

Wiem, że naukowcy nie lubią takich pytań, ale muszę je zadać dla naszych czytelników. Kiedy ten lek będzie, o ile przejdzie wszystkie testy?

To prawda nie lubimy takich pytań, ale jest ono naturalne w obecnej sytuacji. Nasz projekt jest obliczony na rok włącznie z badaniami klinicznymi na ludziach. O ile uda nam się skłonić naszego bakteriofaga do zaatakowania tego wirusa. Pierwszą wersję leku do testów in vitro powinniśmy mieć w ciągu trzech miesięcy. Jesteśmy dobrej myśli i prosimy trzymać kciuki. Tu nie ma gwarancji powodzenia, czasami potrzeba odrobiny szczęścia, aby wybrać z mnogości możliwości tę właściwą konfigurację.

NIO to nie tylko Warszawa. Jak wygląda sytuacja w waszych oddziałach w Gliwicach i w Krakowie?

„To skomplikowane” - jak słyszałem w jednym filmie. Ośrodek gliwicki jest bardzo sprawnie zarządzany przez prof. Krzysztofa Składowskiego, który prowadzi ten ośrodek z sukcesami. Posiada stabilną kadrę, zaufanie między kierownictwem i pracownikami, wypracowane procedury, stabilne finanse, nauka się rozwija, ma wszystko zaplanowane i skutecznie realizuje swoje plany. Choćby w ostatnim czasie uruchomił podobnie jak my laboratorium robiące testy na obecność koronawirusa. O tyle Kraków jest moim frasunkiem od dawna. Sytuacja jest trochę „odziedziczona”, ale w pewnych obszarach problemy się pogłębiły. Można by powiedzieć, że wszystko to co wymieniłem w przypadku Gliwic, jest deficytem w Krakowie. Oczywiście przyczyny tego są jak zawsze złożone. Podjąłem jednak zdecydowane decyzje celem stabilizacji tego oddziału, szczególnie w obecnej sytuacji epidemicznej to jest ważne, żeby zabezpieczyć pacjentów. Jestem dobrej myśli, że z pomocą Ministerstwa Zdrowia, które jest świetnie zorientowane w sytuacji uporamy się z problemami. Zdrowie i leczenie pacjentów jest sprawą kluczową.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA