Cannes 2018

Triumf Pawła Pawlikowskiego w Cannes

AFP
— Bardzo się cieszę, że „Zimna wojna” tu jest. Mam wrażenie, że to ważne dla wielu ludzi w Polsce, którzy chcą coś robić, budować, a nie niszczyć. Robić swoje — powiedział mi Paweł Pawlikowski tuż przed światową prapremierą swojego filmu na festiwalu w Cannes.

Wczorajsza, oficjalna, wieczorna projekcja „Zimnej wojny” była niebywałym sukcesem i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Dziesięciominutowe oklaski na stojąco. Dzisiaj po porannym pokazie prasowym też na sali wybuchły brawa. To rzadkie. Krytycy częściej buczą z niezadowolenia niż wpadają w euforię. Tym razem słychać było: „Magnifique!”, „Impressive”, „Wonderful”, „Pelicula estupenda!”, „Wunderbar”, „Oczeń charoszyj”. W najważniejszych gazetach branżowych, których dziennikarze widzieli film wcześniej, w Londynie czy Paryżu, ukazały się doskonałe recenzje. „Wspaniałe wyrafinowane kino”– napisała recenzentka „Screen International" Fionnuala Halligan. „Paweł Pawlikowski po „Idzie” pokazuje kolejne monochromatyczne, czyste studium Polski z połowy poprzedniego wieku. Pełen gwiazd, przesycony jazzem romans, który ma swój własny rytm”. Powtarzają się zachwyty nad kreacjami aktorów – Tomasza Kota, a przede wszystkim porywającej Joanny Kulig.

„Zimna wojna” jest drugim filmem, który Paweł Pawlikowski kręci w Polsce, i podobnie jak „Ida” osadzony jest w latach 50. i 60.

— Przeżyłem ponad czterdzieści lat poza krajem i ale nie bardzo wiem, jak tę dzisiejszą Polskę ugryźć. A Polska, w której wyrosłem, była ulepiona w latach 50. i 60. i bardzo wyrazista. Poza tym lubię osadzać swoje filmy w czasie, w którym historia zmusza ludzi do dramatycznych wyborów.

Nowy film jest opowieścią o miłości niemożliwej, która przydarzyła się w nieludzkich czasach. Matka Pawła Pawlikowskiego była tancerką w balecie. Gdy zaczęła mieć problemy ze zdrowiem, skończyła anglistykę i wykładała fonetykę angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Ojciec był lekarzem. Oglądając „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego myślałam o tym co kiedyś mi opowiedział: — Byli fajną parą, a ich historia to materiał na film. Miłość moich rodziców narodziła się wśród gruzów powojennej Polski, w stalinizmie. Potem był ślub, dziecko. Ale rodzice rozeszli się. Oboje wyjechali z kraju. Osobno. Ojciec do Niemiec, matka do Anglii. Na Zachodzie jednak ich uczucie i przywiązanie odżyły. Pobrali się po raz drugi. I znowu były dramaty, i znowu do siebie wrócili. Na emigracji historia, język, wspólna przeszłość bardzo ludzi łączą. 

Pawlikowski zadedykował film swoim rodzicom. — To moja laurka dla nich — powiedział mi w Cannes. — Ich relacja na wiele lat stała się dla mnie matrycą wszelkich związków.

Choć bohaterowie „Zimnej wojny” noszą imiona rodziców Pawlikowskiego (Zula i Wiktor), film nie jest ich historią. Pawlikowski wiele czerpie jednak z ich doświadczeń, z klimatu ich związku. Proponuje opowieść o ludziach, którzy nie umieją żyć bez siebie, ale też nie umieją żyć ze sobą. A ich losami rządzi historia. Wiktor jest muzykiem. Po wojnie razem z Ireną, specjalistką od folkloru, zakłada zespół, który na ekranie nazywa się „Mazurek”, a pierwowzorem jest dla niego oczywiście Mazowsze. Zula zgłasza się na eliminacje. Jest prostą dziewczyną z niejasną przeszłością. Od razu wpada Wiktorowi w oko. Odtąd będą związani ze sobą więzami nie do zerwania, mimo że życie będzie toczyło się różnie. Przeżyją okres stalinizmu, Wiktor w czasie wyjazdu Mazurka do Berlina zdecyduje się na emigrację. Będzie czekał przy granicy Berlina Wschodniego i Zachodniego na Zulę, ale ona się tam nie pojawi. Ich następne spotkania w czasie występów Mazurka w Paryżu czy na Chorwacji - będą pełne pasji, żalu, rozpaczy. Potem będziemy świadkami ich krótkiego wspólnie spędzonego czasu w Paryżu, gdy Zula, już Europejka, żona Włocha, nagra z Wiktorem płytę. Już nie folklor, lecz jazz. I wyrzuci ją mówiąc „Bękart!”. Wróci do Polski. A Wiktor zrobi to samo, by ją odszukać i będzie musiał, jako nielegalny uciekinier, zapłacić wysoką cenę. 

Pawlikowski cały czas opowiada o świecie i uczuciu wyłącznie poprzez ich relacje, choć życie toczy się gdzieś i bohaterowie tkwią również w innych układach. Ale przecież są skazani na siebie. — Nie chciałem tego filmu przegadać — tłumaczy mi Pawlikowski.

Ale „Zimna wojna” jest też filmem o historii. Odbijają się w niej polskie poskręcane losy, czas stalinizmu, władza ingerująca w kształt sztuki, gdy szefowie zespołu Mazurek są przez ministra kultury zmuszani się, by do folkloru dołączyć „patriotyczne” pieśni, także te wychwalające komunizm i Stalina. A wreszcie jest to opowieść o polskości – o tęsknocie za własnym światem. To znów bardzo osobisty motyw, bo czyż sam Paweł Pawlikowski nie zatęsknił za krajem, który pamiętał z dzieciństwa, który wpoili mu rodzice, który jest bliski, nawet jeśli boli. 

Nowy obraz Pawlikowskiego zachwyca też formą.

— Film nie jest tylko historią. To dzieło sztuki — stwierdziła z kolei Ewa Puszczyńska z Opus Film Piotra Dzięcioła. Producentka, która znakomicie współpracuje i rozumie się z Pawlikowskim.

I w przypadku „Zimnej wojny” to prawda. Ten film podobnie jak „Ida”, zachwyca formą. I jak „Ida” jest obrazem czarno-białym.

— Myśleliśmy o tym, żeby nakręcić „Zimną wojnę” w kolorze, ale nie mogłem znaleźć odpowiednich odcieni — powiedział mi Pawlikowski. — Lata pięćdziesiąte były w Polsce ciemno-bure. Miałem nawet pomysł, żeby zrobić film przypominający taśmę ORWO z tamtego czasu, ale byłoby to manieryczne. A czarno-biały obraz ma w sobie szlachetność, a jednocześnie jest pewnym skrótem. Chciałem zresztą, żeby ta czerń i biel w filmie była na swój sposób kolorowa, dramatyczna, pełna kontrastów.

W czasie konferencji prasowej aktorzy mówili o tym, jak ciekawym i twórczym doświadczeniem jest praca z Pawłem Pawlikowskim.

— To reżyser, który potrafi powiedzieć „Nie wiem” — stwierdził Borys Szyc, grający dyrektora zespołu Mazurek. — A dla aktora nie ma niczego bardziej inspirującego.

Jak zwykle na wysokości zadania stanął Łukasz Żal, który skontrastował zdjęcia „Zimnej wojny”, potrafił niemal w dokumentalny sposób zarejestrować przesłuchania amatorów do zespołu Mazurek, potem pozwolił zaszaleć kamerze w scenach w berlińskich i paryskich klubach. Przesycił też film nostalgią. Ważną rolę odgrywa tu również muzyka – zaczynając od polskiego folkloru na paryskim jazzie kończąc. 

W kuluarach „Zimna wojna” porównywana jest do polskiej „Casablanki” i - choć jest to dopiero początek festiwalu – staje się pierwszym w konkursie kandydatem do Złotej Palmy. To poważny sukces polskiego twórcy i polskiego kina, które przecież do Cannes wielkiego szczęścia od lat nie ma. Teraz wróciło na Croisette bez taryfy ulgowej i naprawdę zachwyciło widzów. Słowo „impressive”, które najczęściej słychać w kontekście „Zimnej wojny” najlepiej oddaje wrażenia z tego filmu. On po prostu robi wrażenie. Zapada w człowieka. Jako dzieło sztuki, jako spojrzenie na przeszłość, jako przestroga przez rodzącymi się dzisiaj nacjonalizmami, a wreszcie jako opowieść o miłości. Niesztampowa, naznaczona osobowością nietuzinkowego artysty. 

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL