fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Paryż płacze dziś po dawnych turystach

Fotorzepa, Łukasz Maciejski
Na lotnisku Charles de Gaulle stoimy w gigantycznej kolejce do odprawy pasażerów przylatujących ze strefy Schengen. Nie powinno jej być. Nie powinno też być tej kontroli. Ale we Francji nadal obowiązuje przedłużony stan wyjątkowy.

– Co chcesz, to Francja – słyszę. Potem jeszcze pani, która usiłuje jakoś zorganizować coraz bardzie niecierpliwą kolejkę, powie mi, że te półtorej godziny, które musiałam odstać, to i tak nie jest źle. A jak ktoś ma przesiadkę? – No to ma problem – mówi pani. – Ale jaki szaleniec dzisiaj będzie chciał się przesiadać w Paryżu – słyszę komentarz za plecami.

Docieram do stanowisk kontroli paszportowej i co widzę? Na dziesięć budek czynne cztery. O nie, nawet trzy, bo właśnie w jednej zmieniają się funkcjonariuszki i muszą koniecznie się przywitać zwyczajowymi buziaczkami. Kolejka się gotuje. – Co chcesz, to Francja – słyszę znowu. Ale wiem, że nie o to chodzi. Bo ten kraj jest dzisiaj inny niż przed rokiem. Po zamachach w Paryżu i Nicei zmieniło się wszystko.

Na lotniskach żołnierze z automatami. Podobnie na ulicach. Kontrola bezpieczeństwa dokładna i to wszędzie, gdzie może się zebrać więcej ludzi. Restauratorzy przyznają, że z obawą wystawiają stoliki na ulicę. – Bo nigdy nie jestem pewien, czy nasi goście będą tam bezpieczni – mówi mi szef sali w La Rotonde na Montparnasie.

Kraj liczy straty

Tylko w samym Paryżu straty finansowe z powodu mniej licznych przyjazdów zagranicznych turystów szacowane są na 750 mln euro w porównaniu z rokiem ubiegłym. Na Lazurowym Wybrzeżu jest to jeszcze więcej. Łącznie francuska organizacja turystyki wyliczyła, że przyjezdni wydadzą w tym roku o 3 mld euro mniej, niż było to rok temu. I z pewnością turystów będzie o 5 – 6 procent mniej niż przed rokiem, nawet po wliczeniu już spadku po ataku na klub Bataclan.

Zmniejszyła się przede wszystkim liczba przyjazdów z Azji, bo Japończycy i Chińczycy wystraszyli się zamachów. Mniej jest arabskich rodzin, bo i ceny ropy nie takie jak przed laty. Francuski sekretarz stanu ds. turystyki Matthias Fekl przyznaje, że najbardziej ucierpiały najdroższe hotele, w których teraz, nawet podczas trwającego do 16 października Międzynarodowego Salonu Samochodowego, bez większego kłopotu można było znaleźć wolne pokoje. – Liczba przyjazdów spadła przynajmniej o 20 procent – przyznaje Fekl.

Tłoku nie ma, są patrole

Władze robią wszystko, żeby turyści czuli się bezpiecznie. Na Polach Elizejskich, pod wieżą Eiffla, patrol za patrolem. To nie są optymalne warunki do zwiedzania. A do tego trzeba jeszcze dołożyć częste przerwy w funkcjonowaniu paryskiego metra, bo co chwilę są kontrole podejrzanych toreb.

Sklepy robią co mogą, aby zachęcić do zakupów. Galeries Lafayette wydzieliły część piętra, na którym zgromadzono towary najchętniej kupowane przez Azjatów, a personel mówi po chińsku i japońsku. Tłoku nie ma. Turystka z Pekinu, która oganiała się od kieszonkowców, kiedy starała się wziąć pieniądze z bankomatu, przyznała mi się, że nie była w stanie namówić koleżanek, które co roku podróżowały z nią do Europy.

Francuzi, którzy dotychczas nie słynęli z uprzejmości, zdecydowanie się zmienili w podejściu do turystów. Kelnerzy w restauracjach, którzy traktowali gości jako zło konieczne, teraz prowadzą prawdziwą ofensywę uśmiechów. – Bez turystów nie wyżyjemy. Płaczemy po nich dzisiaj – słyszę w kultowej kawiarni La Coupole. Jest 8 wieczorem. O tej porze zawsze była tu kolejka, a szefowie sali odsyłali z kwitkiem osoby bez rezerwacji. To też już przeszłość.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA