Biznes

Zalew nielegalnych stron bukmacherów

Adobe Stock
Nowelizacja ustawy hazardowej, która w lipcu ub. r. nakazała operatorom internetowym blokować strony nielicencjonowanych bukmacherów, doprowadziła do ograniczenia szarej strefy z 90 do 60 proc.

Nielegalnie działające firmy nie chcą jednak łatwo oddać rynku. W konsekwencji rządowy Rejestr Domen Zakazanych pęcznieje w oczach. O ile 1 lipca 2017 r. zablokowano 482 strony internetowe, to w październiku było ich już 983. Dziś na "czarnej liście" jest już ponad 1800 pozycji. Ustawa zdała jednak egzamin, bo część rynku nielicencjonowanego – tzw. off-shore – przestało agresywnie promować i oferować swoje usługi do polskiego gracza. Na znaczeniu zaczęli zyskiwać więc legalni bukmacherzy. Dzięki temu lokalny, legalny rynek wzrósł w ciągu roku o 100 proc., do poziomu ok. 3,3 mld zł pod względem obrotów.

O pozytywnym efekcie mówi Adam Lamentowicz, prezes Totolotka. – Tylko w kwietniu 2017 r. zanotowaliśmy podobną liczba rejestracji wśród klientów online, co w całym 2016 r. Gracze przenieśli się do legalnie działających firm – przekonuje.

Za wcześnie jednak jeszcze, aby mówić o spektakularnym sukcesie. Mimo tzw. blokowania IP i płatności, które wprowadziła nowelizacja, nadal jest dużo podmiotów, które nie posiadają zezwolenia Ministerstwa Finansów, a tym samym nie mogą legalnie oferować swoich usług w Polsce. Przedstawiciele branży wskazują, że największą barierą poprawnego rozwoju rynku i jego uregulowania jest opodatkowanie. – Podmioty posiadające zezwolenie Ministerstwa Finansów są obciążone jednym z najwyższych podatków od gier na świecie w tej branży – 12 proc. od obrotu. Te 12 proc. równoważne jest blisko 60 proc. podatkowi od gier jeśli liczyć go tzw. GGR - czyli obrotu pomniejszonego o wygrane graczy. Do tego dochodzi 23 proc. VAT, którego polskie podmioty działające w branży hazardowej nie mogą odliczać oraz szereg innych podatków i obciążeń, jak choćby konieczność posiadania płatnych zgód od organizatorów polskich rozgrywek sportowych – wylicza Adam Lamentowicz.

Te wszystkie obciążenia fiskalne i biznesowe nie dotyczą podmiotów zarejestrowanych poza granicami Polski i nie działających w Polsce w sposób legalny. – Tym samym, nadal bardzo trudno jest polskim legalnym firmom skutecznie konkurować z tymi nielicencjonowanymi – przekonuje prezes Totolotka.

Według niego drugą barierą jest sama ustawa o grach hazardowych – brak przejrzystości jej przepisów daje duże pole do ich interpretacji. – Rynkowi potrzebna jest nowa ustawa o grach hazardowych, dostosowana do zmian na rynku, czyli także do rynku online, napisana w jasny sposób, nie pozostawiający wątpliwości ani operatorom ani regulatorowi. Tak samo jak dialog regulatora z licencjonowanymi operatorami, którego teraz brakuje – podkreśla nasz rozmówca.

Jego zdaniem blokowanie adresów IP i płatności, czy ściganie graczy to są wciąż metody zastępcze.

– Doświadczenia z innych rynków jasno wskazują, nie są metodami skutecznymi w dłuższej perspektywie – dodaje prezes Lamentowicz.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL