Biznes

Bukmacherski gigant z Polski rusza do Afryki

Adobe Stock
Dzięki nowej ustawie hazardowej legalnie działający operatorzy złapali wiatr w żagle. Kolejni gracze już zainteresowani są rodzimym rynkiem. Jednak szara strefa to wciąż nierozwiązany problem.

Star-Typ-Sport (STS) przymierza się do zagranicznej ekspansji – dowiedziała się „Rzeczpospolita". Spółka na celownik wzięła Afrykę. Interesuje się kilkoma krajami, ale nie chce jeszcze zdradzać konkretów. Prowadzi już tam rozmowy w kontekście ewentualnych inwestycji.

– Afryka to ciekawy rynek – miliony ludzi i bogacące się społeczeństwo. Warto tam otwierać punkty bukmacherskie, choć jest problem z łącznością internetową i wiarygodnością banków – wyjaśnia nam Mateusz Juroszek, prezes STS, a jednocześnie wiceszef deweloperskiej firmy Atal.

STS poważnie pod uwagę bierze również akwizycje w Europie.

STS chce przejmować

STS to polski rodzynek w branży bukmacherskiej. Rodzinna firma z korzeniami w Cieszynie, otoczona potężnymi, zagranicznymi rywalami oraz nielegalną konkurencją, wygryzła dla siebie 48 proc. krajowego rynku zakładów sportowych. Skokowy rozwój w kraju – m.in. z uwagi na konieczność uzyskania zgód na potencjalne przejęcia od Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – jest dziś mało prawdopodobny, dlatego spółka mocno rozgląda się za granicą. Mateusz Juroszek, prezes STS, przyznaje, że szuka możliwości dalszego wzrostu. Analizuje kilka kierunków ekspansji. W Afryce chce stawiać nie tylko na akwizycje, ale również na sprzedaż własnych produktów i usług lokalnym bukmacherom. – Może będzie tak, że nasza spółka dostarczy komuś platformę bukmacherską – przyznaje prezes Juroszek.

Ale poważnie myśli również o dojrzałym rynku europejskim. Szef spółki wśród atrakcyjnych celów wymienia Rumunię. – To duży rynek. Zachęcające są tam niskie podatki i fakt, że Rumuni obstawiają więcej niż Polacy – tłumaczy Mateusz Juroszek. – Od dawna przyglądamy się ponadto Czechom, choć to rynek mocno nasycony, ale dwu-, trzykrotnie większy niż polski – kontynuuje.

Co ciekawe, STS bierze pod uwagę też Włochy. Tam rynek dynamicznie rośnie, a średnia stawka na zakład jest cztery–pięć razy wyższa niż w Polsce. U nas sięga ona kilkunastu złotych. To dwa–trzy razy mniej niż na zakłady wydaje Grek czy Słowak i aż dziesięć razy mniej niż Brytyjczyk.

Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", ewentualne transakcje miałyby być zrealizowane w przyszłym roku.

Walka o rynek

Brak celów przejęć w Polsce nie oznacza, że STS odpuszcza rodzimy rynek. – Na akwizycje w kraju pewnie nie pozwoliłby nam UOKiK. Dziś mamy połowę rynku, który zdobyliśmy poprzez rozwój organiczny. Nie wiem jednak, o ile jeszcze realnie moglibyśmy zwiększyć nasz obrót – zastanawia się szef STS. Według niego inwestycje w kraju pozwolą raczej walczyć o utrzymanie pozycji.

A to nie będzie wcale proste. Rywale już mocno podgryzają lidera. – A na rynku będzie się pojawiać wielu nowych graczy, którzy będą z nami walczyć, dając bonusy, oczywiście kosztem wyniku netto – zaznacza nasz rozmówca.

Do największych konkurentów należą Fortuna (związana z czesko-słowackim funduszem Penta), grecki Totolotek czy forBET. Ten ostatni, który dotąd rozwijał się online, chce rozwijać w Polsce sieć placówek. Jak ustaliliśmy, firma trzy tygodnie temu dostała licencję na uruchamianie własnych placówek. – Przygotowujemy się do uruchomienia swojej sieci punktów – potwierdza Paweł Majewski, dyrektor marketingu forBet.

Firma zamierza jednak mocno stawiać na internet. – Cały czas jesteśmy stosunkowo młodym bukmacherem, działamy dopiero od lipca 2016 r. Duży nacisk wciąż kładziemy na rozwój naszego produktu online – podkreśla Majewski.

W siłę na polskim rynku rośnie też wspomniana Fortuna, do której należy niemal 1/3 rodzimego rynku. Spółka ma dziś ponad pół tysiąca własnych placówek. Do końca br. chce mieć ich jednak blisko 700.

Wiele wskazuje na to, że rynek czeka jednak fala przejęć. – Przewiduję próby nie tylko konsolidacji rynku, ale przede wszystkim wejścia na niego poprzez akwizycje podmiotów, które w tym momencie nie posiadają zezwolenia w Polsce – mówi Adam Lemantowicz, prezes Totolotka.

Jak ustaliliśmy, do Ministerstwa Finansów (MF) trafiło już siedem wniosków o zezwolenia na urządzanie internetowych zakładów wzajemnych.

Ustawa przynosi efekt

Rynek legalnie działających bukmacherów w Polsce napędziła znowelizowana rok temu ustawa hazardowa, która umożliwiła blokowanie stron internetowych nielegalnych operatorów. Firmy bez polskiej licencji, zarejestrowane w rajach podatkowych, straciły grunt pod nogami. Odczuł to m.in. notowany na frankfurckiej giełdzie Bet-at-home, którego przychody po trzech kwartałach 2017 r. spadły z 35 do 31,9 mln euro. Dla porównania legalna w Polsce Fortuna w 2017 r. zwiększyła przychody o 101 proc. Na pozytywny efekt wskazuje też szef Totolotka. – Gracze przenieśli się do legalnie działających firm. Tylko w kwietniu ub. r. zanotowaliśmy podobną liczbę rejestracji wśród klientów online co w całym 2016 r. – podkreśla.

Jednym z podstawowych celów nowelizacji było ograniczenie szarej strefy zakładów wzajemnych urządzanych przez internet. – Efekt ten udało się osiągnąć. Zaobserwowany wzrost wpływów podatkowych pozwala oszacować, że rozmiar szarej strefy zmniejszył się z około 82 do 62 proc. – podaje MF.

Oznacza to, że Polska zbliżyła się do średniej światowej, która wynosi ok. 60 proc. Choć w takich krajach jak Włochy czy Dania odsetek legalnych firm sięga 60–80 proc.

Resort finansów wskazuje, że ściągalność podatków z tej branży wzrosła o ponad 200 proc. (legalni operatorzy wpłacili do budżetu w 2017 r. ok. 279 mln zł, gdy rok wcześniej było to ledwie 88 mln zł).

Branża chce niższych podatków

Nowelizacja ustawy hazardowej ograniczyła działalność nielegalnych operatorów, ale problem pozostał. Tzw. rejestr domen zakazanych, do którego trafiają nielegalni bukmacherzy online, rośnie jak na drożdżach. 1 lipca 2017 r. dostawcy internetu zablokowali 482 strony. W październiku były to już 983 pozycje. Dziś na czarnej liście jest już ponad 1800 domen.Branża apeluje jednak o kolejne zmiany. Kluczem ma być obniżenie 12-proc. podatku od obrotu, który równoważny jest ok. 60-proc. podatkowi od gier (tzw. GGR liczony od obrotu pomniejszonego o wygrane graczy), czyli jednemu z najwyższych wskaźników na świecie. Firmy chcą 20 proc. GGR, jak w wielu innych krajach. Twierdzą, że to może dodatkowo napędzić rynek.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL