fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy Rzeczpospolitej

Ruch przenosi się poza centra. Wysiądziemy z naszych aut?

Wzrośnie popularność współdzielonych pojazdów na abonament
shutterstock
Pandemia zmieniła przyzwyczajenia transportowe. To wyzwania, na które muszą odpowiedzieć operatorzy usług mikromobilności.
Pandemia sprawiła, że wiele osób, które dotychczas przekonywało się do pozostawienia własnego auta w garażu i podróżowania po mieście innymi środkami transportu, na powrót wsiadło za kierownicę. Ze względów bezpieczeństwa i zachowania dystansu społecznego samochody znowu stają się preferowaną formą przemieszczania się – podkreślają eksperci GfK.
W jednej z ostatnich analiz rynku mobilności miejskiej wskazują oni jednak, że pojazdy tego typu sprawdzają się tylko na dłuższych dystansach (przy krótszych i konieczności stania w korkach, szukania miejsc do parkowania i opłat z tym związanych auta tracą uzasadnienie). W trakcie epidemii samochody wciąż dominowały, ale wzrósł odsetek czasu spędzanego na podróżach pieszych czy rowerowych kosztem transportu publicznego – wynika z badań przeprowadzonych przez GfK na rynku niemieckim.
Eksperci wyliczyli, że czas pieszych i rowerowych podróży przekroczył 25 minut dziennie, podczas gdy wcześniej było to sporo poniżej 20 minut. Co więcej, spostrzegli nowy trend – mieszkańcy przestali jeździć na dłuższe dystanse, a większość podróży odbywali lokalnie. To oczywiście efekt tzw. lockdownu, ale analitycy nie mają wątpliwości, że te przyzwyczajenia już nie znikną. – W krótkiej i średniej perspektywie ludzie nadal będą rezygnować z transportu publicznego, by unikać skupisk ludzkich, a także z uwagi na zdalną pracę. Z czasem jednak popyt na komunikację zbiorową będzie szybko rósł – prognozuje Justas Petronis, menedżer w Trafi, litewskiej platformie MaaS (z ang. mobility as a service).
GfK podaje, że wzrośnie wykorzystanie pojazdów współdzielonych, m.in. car-sharingu, ale zmianie ulegnie ich formuła najmu. Dotychczasowe floty, działające w oparciu o wypożyczenia rozliczane w systemie minutowym, mają być zastępowane systemem abonamentem. A to oznacza, że użytkownicy będą korzystać z takich środków transportu nie okazjonalnie, ale w sposób regularny.
Ponadto wiele osób pozostanie na zdalnej pracy, co może doprowadzić do trwałego ograniczenia zachowań związanych z dojazdem do biur i rozłożenia natężenia ruchu poza centra miast. – Ludzie w okresie epidemii odkryli nowe, lokalne możliwości, jak sklepy i punkty usługowe w sąsiedztwie, które nie zostałyby zauważone bez obecnych ograniczeń. Te „ukryte klejnoty" zaspokoiły ich potrzeby w trudnych czasach blokady, zbudowały lojalność i będą nadal zajmować wysokie pozycje w długoterminowej perspektywie – przyznaje Marcus Anders, dyrektor w niemieckim Swarco Traffic Systems.
Na te wyzwania już odpowiadają operatorzy usług współdzielonej mobilności. Francusko-holenderska firma Dott, która kilka tygodni temu weszła do Warszawy z flotą hulajnóg, ruszyła z kompletnie inną strategią niż konkurencja – nie rozstawia jednośladów tradycyjnie w ścisłym centrum miasta, ale właśnie w okolicznych dzielnicach, gdzie przeniósł się ruch (trafiło tam 60 proc. z 1,5 tys. hulajnóg). Ponadto wdrożyła system abonamentowy. – Sytuacja po pandemii wymaga od branży mikromobilności kompletnej zmiany strategii, bo ludzie będą się teraz przemieszczać inaczej, a miasta na gwałt potrzebują dużo większego wsparcia dla transportu publicznego – tłumaczy Kacper Winiarczyk, dyrektor operacyjny Dott w Europie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA