Po kilku tygodniach miałam jednak wrażenie, że mówię coraz ciszej. Lekarz ogólny przepisał mi antybiotyk, potem kolejny, i jeszcze jeden. Podejrzewał zapalenie krtani, potem uznał, że może to na skutek ciąży, a byłam wówczas w siódmym miesiącu. W końcu trafiłam do lekarza foniatry. Po badaniu endoskopowym wystawił mi skierowanie do szpitala na oddział laryngologiczny, by pobrać wycinki. Ale ordynator powiedziała, że to chyba żart: kłaść się na oddział, będąc w ciąży. Jej zdaniem to dyskwalifikowało mnie z jakiejkolwiek diagnostyki. Powiedziała, by przyjść po urodzeniu dziecka, a najlepiej po zakończeniu karmienia. Uznała, że jak urodzę, to zapewne wszystko wróci do normy. Ale bezgłos pozostał. Na własne życzenie wykonałam więc badanie tomografowe szyi, a w opisie znalazło się rozpoznanie wczesnego stadium rakowego.

Wtedy pobrano wycinki. A po trzech tygodniach pani ordynator powiedziała, że we wszystkich wycinkach stwierdzono obecność płasnonabłonkowego nowotworu krtani. Od pierwszej wizyty w szpitalu minęło kilka miesięcy, zanim trafiłam do Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Wtedy byłam już w trzecim stadium choroby.

Czytaj więcej

Onkodebata. Dać szanse pacjentom

Gdybym trafiła do kliniki w stadium pierwszym, maksymalnie drugim, zabieg można by przeprowadzić laserem, bez znieczulenia i narkozy, bo zmiany byłyby mniejsze. Dla mnie było na to już za późno. Trafiłam jeszcze na konsultacje do Poznania, do profesora Wojciecha Golusińskiego. I to on zdecydował, że ponieważ mam dopiero 30 lat, należy spróbować zachować głos. Zdecydowano więc o leczeniu oszczędzającym, czyli hybrydą radio- i chemioterapii. Po kontroli wyniki okazały się dobre.

Jednak po dwóch i pół roku, podczas kolejnej kontroli, coś profesora zaniepokoiło, znów więc zbadano wycinki i okazało się, że doszło do wznowienia. Wtedy już nie było dyskusji – zostałam skierowana na całkowite usunięcie krtani.

Od tamtego czasu uczę się czegoś każdego dnia. Przez pierwsze pół roku było bardzo ciężko. Nie mogłam się przyzwyczaić do oddychania przez rurkę, musiałam używać inhalatora przez kilka miesięcy, dusiłam się i kaszlałam. O mówieniu nie ma co wspominać. Kiedy po operacji przebywałam w domu z córką, nauczyłyśmy się „swojej mowy” – pseudoszeptu. Ona uczyła się czytać z ruchu moich ust, miała cztery latka i była chyba jedyną osobą, która rozumiała, co mówię, została moją tłumaczką. Dopiero po roku, kiedy wszystkie anatomiczne problemy zostały przezwyciężone, nauczyłam się mówić w stopniu komunikatywnym.

Czytaj więcej

Dr Izabela Łasińska: Leczenie onkologiczne szyte na miarę

Teraz wiem, że ciąża nie była żadnym przeciwwskazaniem do diagnostyki. W podręcznikach medycyny ten typ nowotworu opisywany jest jako schorzenie dotykające mężczyzn po pięćdziesiątce, którzy bardzo dużo palili. Więc młoda kobieta w ciąży, niezarażona HPV, niepaląca, właściwie nie mogła zachorować. A jednak…