Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie problemy techniczne mogły doprowadzić do utraty kontroli nad autobusem w Warszawie
- Jak wyglądała historia serwisowa autobusu 7717 i co w jego zachowaniu niepokoiło kierowców na długo przed wypadkiem.
- W jaki sposób można zatrzymać rozpędzony autobus, gdy standardowe metody hamowania okazują się nieskuteczne.
- Dlaczego kierowca jest oceniany jako bohater a nie sprawca wypadku.
Autobus linii 186, który w ostatnią niedzielę na warszawskiej Ochocie zderzył się z tramwajem, staranował samochody, a na koniec wjechał do przejścia podziemnego, przed wypadkiem był naprawiany od kilku miesięcy. Zajmowały się nim dwa zespoły serwisowe – jeden w autoryzowanej przez Solarisa firmie z małej miejscowości pod Warszawą, drugi – składający się z mechaników z zajezdni na ul. Płochocińskiej, gdzie trzymano Solarisy (uruchomiono ją w grudniu 2024 r.). Według naszych informacji, to była dopiero druga tak poważna naprawa tej serii wozów w tym zakładzie.
Silnik z autobusu 7717 był serwisowany przez firmę zewnętrzną, a skrzynia biegów naprawiana przez mechaników z zajezdni. Jak mówią nam nasze źródła, całość złożyli mechanicy na zajezdni i po tym autobus zaczął mieć problemy z elektroniką, nadmiernie spalać olej i zużywać płyn chłodniczy. W pojeździe zaczęła się pojawiać kontrolka „usterka silnika” – ustaliła „Rzeczpospolita”.
Dlaczego pojazd naprawiano przez dwa zespoły? Według naszych rozmówców powodem były koszty. – Na zajezdni krążyła opinia, że serwis źle podłączył jakieś układy elektroniczne i że będzie je poprawiać – opowiadają „Rzeczpospolitej” kierowcy pracujący w MZA. Uważają, że z autobusem od dawna coś było nie tak.
Co się więc mogło wydarzyć? – Podejrzewamy, że jeżeli serwis dotykał sterownika, to mogło dojść do jego przypadkowego rozszczelnienia lub też, jeżeli go otwierali, to niedokładnie go uszczelnili w trakcie naprawy i mogła się do niego dostać woda. Padał wtedy deszcz – opowiadają nam pracownicy. Błąd mógł być popełniony w zajezdni. – Nasi mechanicy nie posiadają jeszcze odpowiedniego zaplecza technicznego, by przeprowadzać tak poważne naprawy. Zajezdnia jest nowa i dopiero będzie przebudowywana i pewnie tu jest problem. Ktoś zlecił naprawę, której nie mogli wykonać w należyty sposób – dodają.
Czytaj więcej
Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie wypadku autobusu, do którego doszło w niedzielę na Ochocie. Autobus zderzył się z tramwajem, staranował sam...
Zagadka dla śledczych. Dziś wiadomo, że nikt nie przejął zdalnego kierowania
Niedzielny wypadek spowodował autobus miejski Solaris Urbino 18, należący do Miejskich Zakładów Autobusowych. Sześć osób zostało poszkodowanych – dwie, w tym jedną nieletnią, hospitalizowano.
Autobus linii 186 miał najpierw zderzyć się z tramwajem, a następnie odjechać w kierunku ronda, uszkadzając po drodze siedem samochodów – ostatecznie wjechał do przejścia podziemnego, spychając w jego stronę również jedno z aut.
Autobus 7717 przez bardzo długi czas stał na placu, i był wyłączony z użytkowania. Z pojazdu był wyjęty silnik oraz skrzynia biegów - kierowcy wskazują, że były one w tym czasie serwisowane przez zewnętrzną firmę, a nie przez mechaników z zajezdni
58-letniemu kierowcy, który, jak ujawniły kamery m.in. w kabinie, robił wszystko, by zatrzymać pojazd (był trzeźwy, nie był pod wypływem narkotyków), nie postawiono zarzutów, śledztwo jest prowadzone pod kątem spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Jednak to, co mogło się stać, pozostaje dla śledczych zagadką. Autobus o numerze 7717 jest stosunkowo nowy – z 2021 r. Z relacji kierowcy wynika, że mógł mieć problem z hamowaniem.
MZA w poniedziałek wydały oświadczenie. „Uznajemy za nieuprawnione wszelkie dywagacje o awarii potencjometru przyspieszenia jako możliwej przyczynie awarii. W serii autobusów, z której pochodzi pojazd o numerze taborowym 7717, nie odnotowywano awarii tego urządzenia. Ewentualna awaria potencjometru, wedle posiadanej przez nas wiedzy, skutkowałaby unieruchomieniem pojazdu, a nie jego przyspieszeniem. Spółka jest w stałym, roboczym kontakcie z producentem pojazdów, firmą Solaris Bus & Coach, która udziela nam wsparcia technicznego w zakresie eksploatacji pojazdów marki Solaris. Zaprzeczamy również dywagacjom na temat możliwego uzyskania zdalnego panowania nad pojazdem, co potwierdza także producent autobusów. Taka techniczna możliwość nie istnieje” – czytamy w oświadczeniu MZA.
Autobus, który uległ wypadkowi w Warszawie, sprawiał liczne problemy. Kierowcy: jeździł nie tak, jak powinien
„Rzeczpospolita” ustaliła, że autobus nr 7717 przez bardzo długi czas był wyłączony z użytkowania – z wyjętym silnikiem oraz skrzynią biegów. Silnik serwisowany był przez podmiot zewnętrzny. To, jak ustalamy, jest znana i autoryzowana przez Solarisa firma, od ponad ćwierć wieku zajmująca się serwisowaniem autobusów.
Chcemy w niej porozmawiać o naprawie autobusu 7717. – Dziś już nie pracujemy. Proszę o telefon jutro, ale czy ktoś z panią porozmawia, nie wiem – mówi nam kobieta, która odebrała telefon. Gdy udało się nam dodzwonić usłyszeliśmy: Nie będziemy udzielać informacji. Jeśli pani chce uzyskać informacje, proszę się zgłosić do rzecznika klienta.
– Ten pojazd z 2021 r. miał trzyletnią gwarancję, która skończyła się w 2024 r. Od tego czasu nie prowadzimy usługi serwisowej. Nic ponad to nie skomentuję – ucina nasze pytania Mateusz Figaszewski, rzecznik Solarisa.
– Wszyscy jesteśmy bardzo zdziwieni tym, co się stało – mówi nam jeden z kierowców. I dodaje: – Generalnie te solarisy są w naprawdę dobrej kondycji, a psują się w nich elementy eksploatacyjne przewidziane do regularnej wymiany.
Skrzynię biegów naprawiali mechanicy z zajezdni – włożyli silnik, który przyszedł z naprawy. Po pierwszej naprawie i ponownym uruchomieniu pojazdu – jak wskazują nasi rozmówcy – pojawiały się w nim liczne problemy z elektroniczną sygnalizacją (tzw. Check Engine oraz błędy OBD), jednak niezwiązane bezpośrednio z pracą pedału przyspieszenia czy też hamulca roboczego.
Pojazd 7717 był użytkowany przez wielu kierowców. Zauważali oni, że autobus nie jeździ tak, jak powinien. – W związku ze zgłoszeniami kierowców pojazd co chwila był wyłączony z użytkowania. Stale były podejmowane próby jego naprawienia – mówią nam kierowcy.
7717 był specyficzny, miał problemy z przyspieszaniem, ale jeżdżąc nim wyglądało to na objawy związane ze skrzynią biegów. Miał problemy z podjeżdżaniem pod wzniesienia. Przy niskich prędkościach nagle potrafił szarpnąć, „wypadał” wtedy bieg, i tracił całkowicie siłę napędu tak, jakby skrzynia znajdowała się w położeniu N
Jak autobus zachowywał się na drodze? – 7717 był specyficzny, miał problemy z przyspieszaniem. Wyglądało to na skrzynię biegów. Pamiętam, że miał problemy z podjeżdżaniem pod wzniesienia. Przy niskich prędkościach nagle potrafił szarpnąć, „wypadał” bieg, a pojazd tracił całkowicie siłę napędu tak, jakby skrzynia znajdowała się w położeniu N (neutral, odpowiednik „luzu” w skrzyni manualnej). Po chwili jednak wszystko wracało do normy i można było jechać dalej – opowiada nam jeden z kierowców.
I wskazuje, że szczególnie przypomina mu się sytuacja, gdy jadąc przejazdem technicznym podjeżdżał pod bardzo strome wzniesienie. – Myślałem, że nie będę w stanie go pokonać, ponieważ autobus ciągle tracił napęd i nie mogłem rozwinąć prędkości większej niż dosłownie kilka kilometrów na godzinę – opowiada nam nasz rozmówca.
Wykonano naprawę, ale kilka miesięcy później autobus znowu był niesprawny. – Wszyscy kierowcy myśleli, że teraz będzie przeprowadzony gruntowny remont, aby ostatecznie doprowadzić go do porządnego stanu. Pojazd wrócił w maju do eksploatacji – dodaje inny z kierowców.
Problem w tym, że, co prawda, był na chodzie, ale z innymi usterkami. Wyskakiwał komunikat „Usterka silnika” lub „Usterka silnika OBD”, a w zajezdni krążyła opinia, że serwis zewnętrzny źle podłączył jakieś układy elektroniczne i że będzie wracać je poprawiać. – Podejrzewamy, że przy tej ostatniej naprawie mogło dojść do przypadkowego rozszczelnienia sterownika, albo, jeżeli był otwierany, to niedokładnie go uszczelnili w trakcie naprawy i mogła się do niego dostać woda. Akurat wtedy padał deszcz – sugerują nasi rozmówcy.
Wypadek autobusu w Warszawie. Zaszwankował czujnik przyspieszania, dlatego autobus tak „pruł” po mieście
Szereg pytań zadajemy Adamowi Stawickiemu, rzecznikowi MZA. Nie uzyskujemy odpowiedzi na żadne z nich. „Ze względu na dobro sprawy i naszą współpracę ze służbami, Spółka wstrzymuje się do zakończenia dochodzenia ze wszelkimi informacjami, komentarzami i opiniami na temat autobusu, który brał udział w zdarzeniu na Rondzie Zesłańców Syberyjskich” – odpisuje nam rzecznik.
Według nieoficjalnych informacji w autobusie awarii mógł ulec czujnik przyspieszenia – dlatego pojazd „ciągnął” do przodu (autobus ma automatyczną skrzynię biegów) i nie reagował na próby zatrzymania. Policja zabezpieczyła rejestrator jazdy, zbada go i odczyta zawarte w nim zapisy biegły, który zapewne zostanie powołany przez prokuraturę – i dopiero w opinii odniesie się już precyzyjnie do przyczyn tak zaskakującej sytuacji.
Obecnie wiadomo, że kierowca zgłaszał problemy z hamowaniem. Pojazd nie reagował na wciśnięty pedał hamulca. – Nie mógł zareagować, gdyż autobus się rozpędzał, czyli dostawał sygnał o tym, że wciśnięty jest pedał przyspieszenia. W takiej sytuacji hamulec zasadniczy nie zadziała, nie zadziała także retarder, który jest zamontowany w autobusie. Pojazd myśli , że kierowca naciska cały czas gaz – tłumaczy nam jeden z naszych rozmówców.
Tym, którzy obserwowali kolejne naprawy wydawało się, że były problemy skrzynią biegów. Dziś uważają, że mogły to być wczesne problemy z potencjometrem pedału przyspieszenia
Z tego oraz z historii pojazdu wynika, że usterka była gdzieś po stronie elektroniki. Nowoczesne pojazdy – jak słyszymy – mają sterowanie po kablu „drive by wire”, jeżeli elektronika wariuje, to nie wiemy jaki sygnał dociera do sterownika. Jeżeli docierał sygnał o wciśniętym pedale przyspieszenia, pedał hamulca nie miał prawa zadziałać – tłumaczy nam jeden z naszych rozmówców.
Teraz w rozmowach między sobą kierowcy zastanawiają się, co by zrobili, będąc na miejscu 58-latka. – Rozmawiamy siedząc wygodnie bez presji i adrenaliny. Mamy nieskończoną ilość czasu na to, aby rozpatrywać całą sytuację i rozkładać ją teraz na czynniki pierwsze – wskazują.
Czy kierowca próbował zaciągnąć hamulec ręczny? – Zaciągnięcie hamulca ręcznego podobno nie pomogłoby przy prędkościach powyżej 40 km/h i spowodowałoby praktycznie natychmiastowe spalenie hamulców i całkowicie utratę możliwości hamowania – mówią nam nasi rozmówcy.
W internecie niektórzy „specjaliści” mówili, że najprościej byłoby zgasić silnik – wyłączyć go kluczykiem. Tyle że to zablokowałoby kierownicę, a wtedy kierowca straciłby kontrolę nad pojazdem. – W takiej sytuacji, jak ta, można tylko próbować bezwładnie wytracić prędkość, a przede wszystkim przestać przyspieszać. Można faktycznie spróbować wcisnąć N na skrzyni biegów. Kluczowa byłaby szybka reakcja, zanim pojazd nadmiernie się rozpędzi, ale tego nikt nie trenuje. Takie przypadki do tej pory się nie zdarzały w Warszawie – zaznacza kolejny kierowca. – Lepiej jest powoli wytracać prędkość uderzając w przeszkody – tam był plac budowy torowiska tramwajowego – niż w niekontrolowany sposób rozpędzać się do osiągnięcia limitera prędkości i zdaje się , że kierujący tym autobusem, właśnie to próbował robić – dodaje.
Kierowca mówi, że pozostaje jeszcze jedna opcja. Z boku siedzenia kierowcy jest awaryjny wyłącznik zasilania, który natychmiast odcina całkowicie zasilanie w pojeździe. Jeżeli ręczny hamulec by nie zadziałał, (nic nie dałoby) wrzucenie biegu na N, ani nie pomogłoby wyłączenie stacyjki, pewnie starałbym się go użyć – sugeruje.
Takie sytuacje nie są jak na razie przewidziane w programie szkoleń i nie można wymagać, by każdy odruchowo wiedział, co ma zrobić – nawet zawodowy kierowca z doświadczeniem. – Sami wśród kierowców teraz analizujemy między sobą takie sytuacje i staramy się wyciągać wnioski na przyszłość. Tak samo było w przypadku ostatniego pożaru autobusu, wymienialiśmy się sami spostrzeżeniami, jak byśmy zareagowali, starając się wypracować jakieś podejście – zaznaczają nasi rozmówcy.
Kierowcy autobusu bliżej do bohatera. Groźny rajd po zatłoczonym mieście bez ofiar
Kierowcy MZA: – Boimy się, iż cała wina za zdarzenie może zostać przypisana kierowcy, a problemy techniczne pojazdu mogą zostać pominięte lub, co gorsza, w ogóle nie dotrzeć do wiedzy śledczych. Bardzo zależy nam, aby w toku śledztwa ten wątek został uwzględniony i zbadany ze względu na bezpieczeństwo nasze, pasażerów oraz innych uczestników ruchu drogowego.
Mechanicy są przestraszeni, że teraz ich praca będzie weryfikowana przez prokuraturę. – Ktoś przecież musiał się podpisać pod tymi naprawami – wskazuje jeden z pracowników.
Z nieoficjalnych rozmów „Rz” wynika, że kierowca autobusu „z siódemkami w oznaczeniu” może raczej zostać uznany za bohatera niż za winnego. Jak mówią nam policjanci, lawirując w miejskim ruchu, po zatłoczonych ulicach pełnych samochodów i pieszych przechodzących przez jezdnię, omijając wykop, wykazał się ogromnym profesjonalizmem, wręcz kunsztem prowadzenia. Po drodze próbował wyhamować prędkość na przeszkodach i doprowadzić do tego, żeby autobus w końcu zwolnił.
A już „mistrzostwem świata” było znalezienie pustego przejścia podziemnego, co w finale, po uderzeniu w nie dachem autobusu doprowadziło do jego zatrzymania. – To był rajd przez zatłoczone miasto, ruchliwe ulice. To naprawdę cud, że nie było ofiar śmiertelnych – komentuje jeden z policjantów ruchu drogowego.