Pierwszy telefon na policję z Itaewon przyszedł o 18:34 czasu lokalnego - kilka godzin przed tragicznym zdarzeniem.

Dzwoniący na numer alarmowy poinformował, że na miejscu gromadzi się coraz więcej osób, ludzie nie mają jak się wydostać i policja powinna przeprowadzić kontrolę.

W odpowiedzi policjant dopytywał, czy istnieje ryzyko, że uczestnicy obchodów Halloween zostaną stratowani. - Tak, to mrozi krew w żyłach - odpowiedział zgłaszający.

Czytaj więcej

Tragedia w Seulu. 153 osoby nie żyją, w większości młode kobiety. Ludzie padali jak domino

To był pierwszy z co najmniej 10 telefonów do policji w Seulu w ciągu następnych trzech godzin w sobotę. Ale tej nocy, jak mówią lokalni mieszkańcy, obecność policji była całkowicie niewystarczająca.

Policja odpowiedziała na cztery z 11 zgłoszeń, wysyłając funkcjonariuszy na miejsca w celu rozproszenia tłumu - poinformowała w środę oficjalna południowokoreańska agencja informacyjna Yonhap.

Polecenie policyjne "Kod 0" wzywające do jak najszybszej reakcji zostało wydane w przypadku jednego z 11 zgłoszeń, podczas gdy drugi w kolejności "Kod 1" został zastosowany w przypadku siedmiu innych, ale policjanci nie podjęli odpowiednich działań - podała agencja informacyjna.

Po rozproszeniu funkcjonariusze wrócili do innych obowiązków i nie podjęto żadnych działań w przypadku siedmiu pozostałych wezwań alarmowych.

Gromadzone dowody, opinie ekspertów i seria oficjalnych przeprosin wskazują na rażące błędy. Lokalni urzędnicy i policja nie byli po prostu przygotowani na tłum, który się zebrał, i mieli trudności z zarządzaniem nimi, gdy już przybyli na miejsce.

We wtorek szef południowokoreańskiej policji powiedział, że ich reakcja w sytuacji kryzysowej była "nieodpowiednia" - było to pierwsze przyznanie się urzędników, że nie zrobili wystarczająco dużo, aby temu zapobiec.

Według niektórych szacunków, setki tysięcy ludzi zjechało do Itaewon - popularnego z powodu nocnego życia - aby świętować Halloween. Była to zaskakująca liczba, nawet jak na tę zwykle ruchliwą okolicę.

Jeong An-sook mieszka dwa bloki za główną ulicą w Itaewon, około 300 metrów od miejsca, w którym doszło do tragedii. Próbowała wyjść z domu między 21:00 a 22:00 czasu lokalnego, ale powiedziała, że tłum na jej ulicy był tak gęsty, że nie mogła się ruszyć. Przerażona wycofała się do swojego domu.

Właściciel restauracji, który wrócił do domu o 22:00 czasu lokalnego powiedział, że nie mógł nawet wyjść ze stacji Itaewon, ponieważ była tak zatłoczona. Poszedł więc na inną stację i okrążył dom.

Inna kobieta, która sprzedawała kwiaty, aby złożyć je w prowizorycznej kapliczce ku czci ofiar, powiedziała, że widziała niewielu policjantów - próby zapanowania nad tłumem były podejmowane wcześniej wieczorem przez lokalnych wolontariuszy, a nie policję.

Powiedziała również, że lokalne stowarzyszenie biznesowe zwróciło się w zeszłym tygodniu do policji o pomoc w radzeniu sobie z tłumami w weekend, ale jej nie otrzymało.