Pojęcie tak zwanego diamatu może być dziś znane już tylko koneserom polityki i historii najnowszej. Był to skrótowiec (pochodzenia rosyjskiego) od „dialektyki materialistycznej", która miała stanowić filozoficzną podstawę komunizmu i socjalizmu. Na poziomie popularnym i w powszechnym rozumieniu – w większości zgodnym z prawdą – służył do tłumaczenia i uzasadniania największych absurdów realnego socjalizmu.

W niezrównanym serialu „Alternatywy 4" Stanisława Barei w jednej ze scen towarzysz Winnicki próbuje goszczącym u niego lokatorom bloku wytłumaczyć zawiłości systemu, komentując własne telewizyjne wystąpienie, w którym zapowiedział zaprzestanie produkcji mięsa. „Ale przecież sam pan przed chwilą powiedział, że to... ten... no... – nieśmiało zauważa Józef Balcerek. – Nonsens – podpowiada towarzysz Winnicki. – Tak, to jest nonsens, ale tylko pozornie". Diamat zajmował się właśnie tym: dowodzeniem, że to, co zgodnie ze zdrowym rozsądkiem jest nonsensem, faktycznie wcale nim nie jest, ale ma głęboki sens, widoczny jednak wyłącznie dla profesorów dialektyki materialistycznej. Oraz, rzecz jasna, wyższych dostojników partyjnych.

Towarzysz Jan Winnicki stanął mi przed oczami jak żywy, gdy słuchałem kolejnych coraz bardziej karkołomnych i meandrycznych tłumaczeń pana premiera na temat podatku reklamowego. W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się na przykład, że jest on potrzebny, bo za coś przecież trzeba budować drogi. Choć, jako żywo, nie przypominam sobie, aby w projekcie ustawy widniał zapis o przekazaniu wpływów na Fundusz Drogowy. Na tym samym oddechu Mateusz Morawiecki mówił, że sytuacja gospodarcza kraju jest znakomita. Czyli da się te drogi w końcu budować bez tego podatku czy nie?

Pan premier zwrócił się również do mediów lokalnych: „ten podatek nie jest dla was, ten podatek jest dla tych, którzy utrudniają korzystanie czasami z dostępu do danych dla was. To właśnie media lokalne [...], ale także prasa w ogóle dzisiaj jest bardzo często przyćmiona, jest zduszona poprzez ogromną siłę kapitałową koncernów zagranicznych". Czyli podatek, który rzekomo ma nie mieć negatywnego wpływu na płacących go, ma jakoś osłabić ich pozycję wobec mediów lokalnych i ułatwić im „dostęp do danych" – cokolwiek to znaczy? A jak ma pomóc prasie, rzekomo zduszonej przez „koncerny zagraniczne", skoro prasa też ma go płacić?

Dowiedz się więcej: Morawiecki: Podatek od reklam? Ktoś musi budować drogi, dbać o żłobki, szpitale. To nie bierze się znikąd

Ja z tego nic nie rozumiem, ale widocznie mój prosty umysł nie ogarnia finezyjnej konstrukcji systemu – całkiem jak proste umysły ludzi, stojących w Peerelu w kolejkach po mięso czy cukier nie ogarniały głębokiej logiki i sensu systemu socjalistycznego. Czy do naszych czasów dotrwał jakiś profesor od diamatu? Może mógłby pomóc?

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”