Zaprezentowano już definicję local content i wytyczne, jak liczyć i wdrażać tę ideę. Rynek pozytywnie ocenił propozycje.

Chcieliśmy wyjść naprzeciw oczekiwaniom rynku, dlatego pracowaliśmy nad rozwiązaniami, pozostając w nieustającym kontakcie z biznesem. Do projektu zaangażowaliśmy zarówno podmioty biznesowe – małe, średnie i duże spółki, w tym należące do Skarbu Państwa, które realizują duże strategiczne inwestycje, jak i instytucje finansowe, KUKE, a także GUS oraz Urząd Zamówień Publicznych. Oczywiście każda z tych stron prezentowała swoją koncepcję, swoją perspektywę. My, spajając tę dyskusję, musieliśmy wyciągnąć najważniejsze wnioski.

Ile czasu trwały realnie prace nad założeniami?

Pierwsze zadania od listopada, natomiast początek roku przyśpieszył dynamikę prac. Przy czym ten projekt wciąż trwa. Pracujemy nad pilotażem w branży energetycznej oraz nad rekomendacjami co do dalszych wytycznych czy możliwej legislacji. Trzeba mieć na uwadze, że projekt local content jest długoterminowy. My jesteśmy na pierwszym etapie jego wdrażania.

Na co zespół położył szczególny nacisk?

By local content mierzyć kompleksowo, oceniamy krajowość podmiotów, a także będziemy mierzyć strukturę wydatkowania środków publicznych w projekcie. Można sobie wyobrazić sytuację, w której konkretny krajowy podmiot, wydatkując środki publiczne i realizując konkretną inwestycję, pozyskuje komponenty czy usługi za granicą, często nie wykorzystując atutów jakościowych dóbr i usług w kraju czy ignorując bezpieczeństwo dostaw. Identyfikujemy projekty strategiczne, w których to podmioty z krajów trzecich dostarczają dobra i usługi na poziomach zbliżonych do cen dumpingowych, pomijając aspekty jakościowe, ślad węglowy, bezpieczeństwo.

W pilotażu udział weźmie sektor energetyki. Dlaczego ta branża poszła na pierwszy ogień?

Na dzień dzisiejszy sektor ten jest najbardziej zaawansowany pod kątem identyfikowania łańcucha dostaw, podejmowania prób angażowania polskich podmiotów do procesów inwestycyjnych, jest bardzo transparentny. Branża ma konkretny dorobek, jeśli chodzi o myślenie w kategoriach local content. O tej idei zaczęło się mówić głośno, gdy rozpoczynano prace nad budową morskich wiatraków. Wybór wydawał się więc naturalny.

Kiedy ruszy pilotaż?

W zasadzie to on już się rozpoczął, na razie w fazie opracowania metodyki kalkulacji i przygotowania założeń sprawozdawczych. Pracowaliśmy nad praktyczną stroną raportowania z GUS i dołączyliśmy do tych prac spółki Skarbu Państwa z branży energetycznej. Wspólnie zastanawialiśmy się nad sposobem raportowania, nad przygotowaniem i zakresem załączników do projektu. W najbliższych dniach zatwierdzimy ostateczną formę załącznika, a następnie GUS postawi narzędzia, bazę danych, którymi będzie ten pilotaż obsługiwał.

A kiedy raportowanie zostanie rozszerzone o inne branże?

Bardzo chcielibyśmy przenieść pilotaż na kolejne sektory z początkiem przyszłego roku. Projekt local content jest wbrew pozorom technicznie trudny. Opracowanie wszystkich narzędzi, wytycznych, a być może legislacji, to proces wieloletni i ciągły.

Jak działać, by nie naruszać unijnego prawa równości firm?

Dużą część planu możemy realizować na podstawie zmian mentalnych. Konieczne jest nowe podejście, bardziej świadome decyzje w zakresie projektowania procesu inwestycyjnego. Przed opracowaniem wytycznych przeanalizowaliśmy cztery legislacje europejskie, w tym trzy obowiązujące w państwach, które należą do Unii Europejskiej – we Francji, w Hiszpanii i Niemczech. Żadna z nich nie wprowadza na sztywno definicji ani twardych regulacji w zakresie local content. Udaje się tam bez ustaw realizować plan aktywowania krajowego biznesu. Państwa te w sposób naturalny w pierwszej kolejności myślą o lokalnych podmiotach, mają wgrany już patriotyzm gospodarczy. My w Polsce odrabiamy dziś zaległą lekcję w tym zakresie. Opieramy się przy tym, podobnie jak wspomniane kraje, na argumentach pozalegislacyjnych, jakościowych, wyrównywaniu szans, bezpieczeństwie w łańcuchu dostaw.

Jakiego rodzaju to argumenty?

Trzeba zacząć od uzmysławiania przedsiębiorcom, że kryterium cenowe nie musi być decydujące. Przez lata polskie firmy żyły w przeświadczeniu, że tak powinno być. Tymczasem najniższa cena często nie zapewnia dobrej jakości i przede wszystkim bezpieczeństwa. Żyjemy w trudnych czasach, na znaczeniu zyskują kwestie związane z cyberbezpieczeństwem. Ataki hakerskie są codziennością. Poleganie na krajowych rozwiązaniach wspiera bezpieczeństwo. Doświadczaliśmy też wielokrotnie zakłóceń związanych z przerwanymi łańcuchami dostaw, mamy świadomość, jakie mogą mieć przełożenie na realizację kontraktów. Im bliżej jest dostawca, tym mniejsze ryzyka, poza tym proces przebiega sprawniej. Korzystanie z lokalnych dostawców minimalizuje też ślad węglowy, przekłada się na szybszy czas reakcji.

Pracujemy nad pilotażem w branży energetycznej oraz rekomendacjami co do wytycznych czy możliwej legislacji

Sporo obaw ze strony obserwatorów rynku budzi implementacja tego miękkiego prawa. Czy państwo widzicie tu jakieś ryzyka?

Zarządy spółek Skarbu Państwa będą mieć w swoich celach zadania związane z realizacją idei local content, więc na tej podstawie mogą być rozliczane przez właściciela. Są też zachęty dla samorządów, ma powstać ranking, który będzie swego rodzaju podsumowaniem osiągnięć w promowaniu polskich firm przy dużych projektach inwestycyjnych. To jest proces, im więcej będziemy o tym mówić, tym większa część rynku zacznie poważnie traktować wytyczne.

Jak udawało się nam dotychczas wdrażać tę ideę? Jak oceniacie państwo dotychczasowe osiągnięcia?

Każda branża ma swoją specyfikę. Są sektory, w których komponent krajowy jest na bardzo wysokim poziomie, mówię tu np. o zbrojeniówce, ale są i takie, w których udział polskiego komponentu jest stosunkowo nieduży, jak w branży offshore. Tu kluczowa jest bariera kompetencyjna. Branża morskiej energetyki wiatrowej jest niezwykle złożona i skomplikowana, wymaga odpowiednich materiałów. Stal czy komponenty instalowane na morzu muszą wykazywać się najlepszą jakością, dużą odpornością. Sam proces instalacji musi być niezwykle precyzyjny, wymaga zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Wiele komponentów jest sprowadzanych z zagranicy, bo nasz przemysł nie jest w stanie jeszcze ich zaoferować. Z czasem to się zmieni, kompetencje polskich podmiotów, które zyskiwać będą doświadczenie przy kolejnych realizacjach, często u boku zagranicznych firm, będą coraz wyższe. I tak sporo zostało już zrobione.

To dlatego rozwiązania wypracowane przez zespół promują konsorcja?

Tak, praca w konsorcjach umożliwia przepływ know-how, pozwala zdobyć krajowym podmiotom cenne doświadczenie, rozwijać kompetencje. Ale plusów działania zespołowego jest więcej. Ryzyka związane z realizacją projektu są w tym przypadku rozłożone na dwa podmioty, co z kolei ułatwia pozyskanie gwarancji bankowych zabezpieczających realizację projektu. Łatwiej jest udźwignąć ciężar finansowania prac. Tu zresztą zastosowaliśmy dodatkowe rozwiązania, które wspierają mniejsze podmioty, jak choćby dzielenie zamówienia na mniejsze części, co pozwala rozliczać pracę etapami i angażować wykonawców przy mniejszych zakresach. Dotychczas wielokrotnie byliśmy świadkami sytuacji, w której koszty związane z realizacją projektu były przenoszone wprost na małego podwykonawcę, który przez cały czas trwania kontraktu musiał finansować bieżące wydatki, kupować materiały, opłacać pracowników. Dla wielu firm była to bariera nie do przejścia.

Czytaj więcej

Local content w atomie. Nadzieje i lęki polskich firm

Czy to wystarczy, by małe podmioty mogły brać udział w ogromnych projektach energetycznych czy infrastrukturalnych?

Na pewno zrobiliśmy jakiś krok do przodu. Pracujemy nad tym dalej, powołaliśmy w ramach naszego zespołu grupę zajmującą się wyłącznie instrumentarium finansowym. W jej skład wchodzą przedstawiciele banków i instytucji finansowych. Chcemy wypracować takie rozwiązania, które pozwolą mniejszym firmom, które nie mają odpowiedniej wyporności finansowej, na pozyskanie odpowiednich gwarancji lub skorzystanie z innego rozwiązania, które zabezpieczy realizację kontraktu dla zamawiającego. Mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach czy nawet tygodniach przedstawimy narzędzia, które udrożnią te wąskie gardła związane z finansowaniem projektów.

Ważną rolę do odegrania ma GUS, który będzie rozliczał podmioty z realizacji idei local content. Na jakim etapie są prace związane z przygotowaniami do raportowania?

Opracowaliśmy formularze, za pomocą których firmy będą raportować do GUS-u udział krajowego komponentu. Zamawiający będzie już na etapie zapytania ofertowego informował swoich potencjalnych podwykonawców o obowiązku raportowania do GUS. Wygląd formularza jest bardzo uproszczony, zbliżony do tego, który obowiązuje w ramach realizacji zadań wytyczonych przez Ministerstwo Klimatu. Raportować trzeba będzie zaraz po podpisaniu umowy, ale też w ramach rocznych podsumowań. Podmioty uczestniczące w łańcuchu dostaw wskazywać będą, czy dane materiały lub usługi zostały zakupione od firm spełniających kryteria krajowości.

A jeśli nie spełnią tych kryteriów, jakie będą konsekwencje?

Na dzień dzisiejszy nie ma konsekwencji prawnych. Mogłyby one pojawić się jedynie wtedy, gdy mielibyśmy do czynienia z obowiązkiem ustawowym, a tego nie ma. Natomiast trzeba się liczyć z konsekwencjami biznesowymi, zamawiający może w umowie wskazać swoje oczekiwania i rozliczać z realizacji zadania wykonawców inwestycji. Zarządy spółek Skarbu Państwa będą rozliczane z celów, jakie zostaną na nich nałożone w zakresie wdrażania local content. Myślę jednak, że idea patriotyzmu gospodarczego nie jest w żaden sposób kontrowersyjna, nie przewiduję więc oporów z wdrażaniem jej w życie.