MATERIAŁ POWSTAŁ W RAMACH EUROPEJSKIEGO KONGRESU GOSPODARCZEGO
Podczas debaty „Local content w atomie” w trakcie Europejskiego Kongresu Gospodarczego eksperci i praktycy rynkowi starali się odpowiedzieć na kluczowe pytanie: ile z tych miliardów realnie zostanie w kieszeniach polskich przedsiębiorców?
Debata zgromadziła przedstawicieli najważniejszych ogniw tego łańcucha: od inwestora (Polskie Elektrownie Jądrowe), przez dostawcę technologii (Westinghouse), po instytucje finansowe (ARP, PZU) oraz samych przedsiębiorców. Wnioski? Potencjał jest ogromny, ale czas politycznych deklaracji dobiega końca. Przemysł żąda konkretów, umów i jasnych „map drogowych”.
Przemysł, kadry, nauka
Energetyka jądrowa może być największym impulsem modernizacyjnym dla krajowego przemysłu od pokoleń. Do takiego stwierdzenia odniósł się Grzegorz Maj, pełnomocnik zarządu ds. wsparcia rozwoju rynku w Polskich Elektrowniach Jądrowych, który był optymistą, jeśli chodzi o zaangażowanie polskich firm w tym obszarze.
– Oceniamy [potencjał] bardzo wysoko i o tym chociażby świadczy to, że budując po raz pierwszy skutecznie elektrownię jądrową w Polsce, w bardzo krótkim czasie sześć największych polskich firm przechodzi etap certyfikacji NQA-1 (Nuclear Quality Assurance). W ciągu dwóch lat jest już w zasadzie na ukończeniu drugiego etapu, co jest bardzo szybkim tempem i naprawdę potwierdza to, że polskie firmy nie raczkują – podkreślał Maj.
Zwrócił on przy tym uwagę na krytyczny aspekt społeczny: w szczytowym momencie budowy potrzeba będzie ponad 10 tys. specjalistów. – Nam jako Polskim Elektrowniom Jądrowym właściciel by nie wybaczył, gdyby na placu budowy zamiast 10 tys. polskich pracowników było 10 tys. obcokrajowców, a tego właścicielowi by nie wybaczył suweren – dodał pełnomocnik PEJ.
Amerykańska technologia i polskie wykonawstwo
Często wydaje się, że energetyka atomowa stawia wiele barier, które są nie do przejścia. Joel A. Eacker, wiceprezes ds. nowych projektów Westinghouse Electric Company, globalnego giganta dostarczającego technologię AP1000, studził emocje w tym zakresie, jednocześnie stawiając twarde wymagania. Jak podkreślał, Westinghouse widzi w Polsce nie tylko plac budowy, ale także hub eksportowy dla całej Europy Środkowo-Wschodniej.
– Miejscowy local content to jest coś, w co Westinghouse mocno wierzy. Zanim podpisaliśmy kontrakt z PEJ, zaczęliśmy od konferencji, bo zobaczyliśmy możliwości produkcyjne w Polsce jako wysoką wartość. To nie tylko projekty w Polsce, ale także Bułgaria, kraje skandynawskie, Słowacja, Słowenia – wyliczał Eacker.
Amerykański partner przyznał, że postępy polskich firm w certyfikacji są imponujące. Eacker zaznaczył jednak, że w atomie jakość i bezpieczeństwo to nie są priorytety, które można negocjować, ale stałe wartości.
Głos praktyków biznesu, reprezentowanych przez Piotra Kańtocha, wiceprezesa zarządu i dyrektora rozwoju w Grupie Powen-Wafapomp, oraz Wojciecha Majkę, prezesa zarządu i dyrektora wykonawczego w firmie Ecol, wniósł do debaty potrzebny realizm. Kańtoch przekonywał, że polskie firmy często nie doceniają własnych kompetencji.
Czytaj więcej
Najniższa cena często nie zapewnia dobrej jakości i przede wszystkim bezpieczeństwa – mówi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Ilona Deręgowska, wice...
– Pamiętajmy, że jesteśmy fantastycznym krajem, fantastycznymi ludźmi, robimy świetne rzeczy i nie mamy się czego wstydzić. To nie wymaga siedmiu lat w Hogwarcie ani poznania zaklęć, żebyśmy potrafili to robić. To tak naprawdę matematyka. Są procedury, które trzeba spełniać, i są firmy w Polsce, które na pewno potrafią to robić, nawet jeśli nie wiedzą, że potrafią – przekonywał Kańtoch.
Zwrócił on jednak uwagę na „podział świata” w elektrowni: na wyspę reaktorową (gdzie certyfikacja NQA-1 jest niezbędna) oraz całą resztę infrastruktury, która technicznie nie różni się znacząco od elektrowni gazowych czy węglowych. Największą barierą nie jest więc technologia, lecz biurokracja i procedury.
W podobnym tonie wypowiadał się Wojciech Majka, którego firma Ecol od lat serwisuje elektrownie jądrowe za granicą. Podkreślił on, że budowa to dopiero początek – prawdziwy biznes dla lokalnych firm kryje się w 60-letnim cyklu eksploatacji obiektu. Majka ostrzegł przed „chodzeniem na skróty” i brakiem długofalowej strategii.
– Trzeba dotrwać, żeby biznesem mogła być dla niektórych firm faza eksploatacji, budowy. Firmy muszą włożyć wysiłek w strategię, ale ponadto muszą mieć finansowanie na utrzymanie miejsc pracy oraz dobrych fachowców. Im dłużej płynie czas i nie będziemy widzieć jasnych oczekiwań klientów, tym będzie trudniej – mówił prezes Ecol.
Finansowy fundament i „Atom bez barier”
Aby polskie firmy mogły „dotrwać” do momentu wbicia pierwszej łopaty, potrzebne są narzędzia finansowe. Krzysztof Telega, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu, nawiązał do programu „Atom bez barier” ARP, który ma realnie wesprzeć firmy w kosztownym procesie certyfikacji.
– Ministerstwo Energii oszacowało średni koszt procesu certyfikacyjnego dla zdobycia NQA na – powiedzmy – 2 mln zł. ARP przygotowała pożyczkę certyfikacyjną. To długoterminowe finansowanie z okresem karencji, niezwykle atrakcyjnie oprocentowane. Można wziąć pieniądze do 1 mln zł, ale dołożyliśmy do tego pożyczki inwestycyjne – wyjaśniał Telega.
Wsparcie finansowe to jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest bezpieczeństwo kontraktowe, o którym mówił Wojciech Kmiecicki, dyrektor Biura Ubezpieczeń Korporacyjnych w TUW PZUW. Jak tłumaczył, ubezpieczyciel musi być gotowy na wystawienie polis nie za osiem lat, lecz już teraz – dla całego łańcucha dostaw.
– Dzisiaj musimy zapewnić ubezpieczenia dla wszystkich, którzy chcieliby brać udział w budowie, dla całego łańcucha dostaw. (…) Prośba: będziemy bardzo wdzięczni, jeżeli wszystkie firmy, które będą zatrudniać polskich wykonawców, zechciałyby z nami pracować, dać nam szansę usiąść do stołu i pomóc w opracowaniu tych warunków, aby każda firma nie musiała osobno tego szukać i negocjować – apelował Kmiecicki.
Czego boi się polski przedsiębiorca?
Druga część debaty pokazała największe lęki rodzimego przemysłu: brak przejrzystości i ryzyko cenowe. Piotr Kańtoch otwarcie przyznał, że bez znajomości szczegółów umowy EPC (Engineering, Procurement and Construction), którą PEJ negocjuje z konsorcjum amerykańskim, polskie firmy poruszają się po omacku.
– Problem dzisiaj jest taki, że ja nadal nie bardzo wiem, jak wyceniać oferty dla amerykańskich kolegów, bo nie znam warunków. Umowa, którą PEJ negocjuje z konsorcjum, jest tak tajemnicza, że nikt nie zna jej szczegółów. (…) Nie wiem, jakie będą warunki płatności ani jaka będzie waluta. Lepsza jest zła informacja niż niewiedza – punktował Kańtoch.
Padło także bardzo ważne ostrzeżenie dotyczące patriotyzmu gospodarczego. Jeśli jedynym kryterium będzie najniższa cena, polski „local content” może przegrać z dostawcami z Indii czy Chin.
– W dostawach urządzeń, których będzie niemało, jeśli to będzie polskie, będzie droższe. Znajdę wam zamiennik każdego komponentu i sprowadzę go taniej z Indii lub Chin. Pytanie jest takie: czy chcemy (polskiego przemysłu – red.), bo potem pan prezes Majka powie: „nas już nie ma w tym ekosystemie” – ostrzegał wiceprezes Powen-Wafapomp.
Wojciech Majka z Ecol dodał do tego wątek „partnerskiego traktowania”. Według niego firmy nie potrzebują jedynie pożyczek, ale przede wszystkim zleceń od spółek Skarbu Państwa, które pozwolą im utrzymać potencjał do czasu startu projektu jądrowego.
– Przedsiębiorcy w zdrowym biznesie powinni być w stanie generować środki, które pozwalają na rozwój. Żadna pożyczka nie sprawi, że za dziesięć lat będziemy gotowi. Musimy być w obecnym łańcuchu dostaw potrzeb przemysłowych i na tym budować nasz rozpęd. Obserwuję, że to nie zawsze idzie w parze. Wiele znamienitych firm jest na granicy upadłości, bo dzisiaj nie mają co robić – zauważył Majka.
Odpowiadając na te postulaty, Joel Eacker z Westinghouse zapewniał, że firma stara się być „polskim pracodawcą”, czego dowodem jest 500 zatrudnionych w Polsce osób. Przyznał jednak, że Westinghouse nie jest „łatwym klientem” ze względu na odpowiedzialność za bezpieczeństwo reaktora.
To musi się wydarzyć
Na zakończenie debaty paneliści wskazali jedno, kluczowe wydarzenie, które ich zdaniem musi nastąpić w ciągu najbliższych 12 miesięcy, aby „local content” przestał być tylko postulatem.
Krzysztof Telega z ARP stwierdził, że podpisanie kontraktu EPC to dla niego tzw. deal breaker. – Jeżeli zostanie podpisany i będzie zawierał choć część tych postulowanych klauzul, to otworzy rynek – powiedział. Z Telegą zgodził się Wojciech Majka z Ecol, który także podkreślił znaczenie podpisania kontraktu EPC. – To będzie jak mapa drogowa całego projektu – stwierdził Majka.
Grzegorz Maj z PEJ zwrócił uwagę, że podpisanie EPC to oczywiście perspektywa tygodni. Wskazał on przy tym na drugi ważny element, którym jest „rozpędzenie machiny budowania kadry i kompetencji”. – To musi się wydarzyć w tym roku – mówił. Z kolei Wojciech Kmiecicki z TUW PZUW zaznaczył, że w local contencie liczy się to, żeby lokalny kapitał był doceniany. – Nie zawsze cena, która jest wyżyłowana i najniższa, to jest to, co chcemy zrobić – dodał.
Piotr Kańtoch z Grupy Powen-Wafapomp mówił o potrzebie dialogu z przedsiębiorcami. – Chcielibyśmy być traktowani w taki sposób, że nie musielibyśmy prosić, ale bylibyśmy wysłuchiwani. Apeluję o mindset lokalny – bez tego nie będzie local contentu – podsumował.
Debata w Katowicach pokazała, że polski przemysł nie boi się atomu. Boi się natomiast niejasnych reguł gry oraz braku decyzji. Inwestycja za 192 mld zł to bilet do cywilizacyjnej ekstraklasy, ale aby polskie firmy mogły w niej grać, muszą otrzymać od państwa i globalnych partnerów jasne wytyczne, ubezpieczenie od ryzyka oraz partnerskie warunki płatności.
Debatę prowadził Paweł Czuryło, redaktor zarządzający Gremi Media