W sali obskurnego budynku przedwojennych składów tytoniowych na ulicy Budionnego (kiedyś – Jagiellońska) w Grodnie w niedzielę od wczesnego ranka gromadzili się delegaci na VII Zjazd Związku Polaków na Białorusi. Zjazd o tyle szczególny, że z punktu widzenia białoruskich władz nielegalny. Wszyscy oczekiwali w napięciu, czy dotrze dwie trzecie delegatów – minimum, by zgromadzenie było prawomocne. Krótko przed dziesiątą okazało się, że będzie kworum. Dotarło 167 delegatów, czyli trzy czwarte, chociaż do organizatorów zjazdu wciąż napływały zatrważające informacje z całej Białorusi – władze robiły wszystko, by delegaci nie dojechali.
[srodtytul]Pomyśl o rodzinie[/srodtytul]
– Najpierw przyszedł do mnie do domu milicjant w mundurze, wypytywał, po co się wybieram do Grodna. Nie mówił wprost, ale dawał do zrozumienia, żeby nie jechać – opowiada Tadeusz Wasilewski, delegat z Lidy. – Potem zaczęły się telefony do mojego brata, który pracuje w państwowej instytucji. Dzwonił wicemer Lidy do spraw ideologii, Polak Anton Gławnicki. Przekonywał, że nie powinienem jechać. Radził, żebym zachorował. „Niech pomyśli, co z rodziną” – mówił.
Potem zaczął przekonywać córkę pana Wasilewskiego, która pracuje w banku, by namówiła ojca do pozostania w domu.
– Ale po rozmowie z rodziną postanowiłem, że pojadę. Jak ma być, tak będzie – dodaje.