Wojska wierne dyktatorowi Muammarowi Kaddafiemu wciąż nacierają na miasta zajęte przez rebeliantów. Chodzi o Zawiję na zachód od Trypolisu oraz położone na wschód od libijskiej stolicy miasta Misrat i Ras Lanuf.
Rebelianci zaczęli wycofywać się z tej ostatniej miejscowości, będącej ważnym portem naftowym. Ras Lanuf atakowały samoloty, którym bezskutecznie usiłowała stawić opór rebeliancka obrona przeciwlotnicza. Słychać było wybuchy bomb, nad miastem unosił się dym. Ewakuowano szpital.
Powstańcza obrona jest dość chaotyczna, dlatego media zastanawiają się, dlaczego siły Kaddafiego nie są w stanie szybko zdławić rebelii. Jak wskazuje BBC, rebelianci są z każdym dniem silniejsi, bo na ich stronę przechodzą żołnierze wojsk rządowych. Powstańcy dysponują czołgami i artylerią. Wprawdzie wydają się słabo zorganizowani, ale są zdeterminowani.
Z kolei siły rządowe okazały się niedostatecznie przygotowane i niezbyt chętne do walki. – Sytuacji nie można określić inaczej niż jako wojnę domową – mówi cytowany przez telewizję ABC dr Binoy Kampmark ze Szkoły Studiów Globalnych Uniwersytetu w Melbourne. Jak w tej sytuacji powinien się zachować Zachód?
Były ambasador USA przy ONZ Bill Richardson dowodzi, że Waszyngton powinien pomagać rebeliantom. – Pomocne byłoby przekazanie im broni przeciwlotniczej – uważa były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta George'a W. Busha, Stephen Hadley. „New York Times" pisał o planowaniu przez Waszyngton rozmaitych akcji wojskowych w Libii, także zrzutów broni dla powstańców.