Amerykańskie predatory już wcześniej latały nad Libią, ale do tej pory były wykorzystywane tylko w celach szpiegowskich. Jak ujawnił w czwartek sekretarz obrony Robert Gates, teraz będą też mogły niszczyć cele, które zostaną uznane za zagrożenie dla ludności cywilnej. Ten ruch może pomóc w przezwyciężeniu wojskowego pata, z którym nie radzi sobie międzynarodowa koalicja zdominowana przez wojska brytyjskie i francuskie.
Generał James Cartwright – wiceprzewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – podkreślił, że drony dadzą przewagę siłom zachodnim w zatłoczonych, miejskich obszarach, na których trudno jest „odróżnić przyjaciela od wroga".
– Samoloty takie jak Predator mogą zejść niżej i dzięki temu lepiej zidentyfikować cel – podkreślił generał Cartwright. Amerykańscy politycy podkreślają jednak, że Biały Dom nadal nie zamierza wprowadzać do Libii armii lądowej.
Pierwszą misję amerykańskich predatorów przeciwko libijskiemu dyktatorowi Muammarowi Kaddafiemu zaplanowano już na ten czwartek, ale ze względu na złe warunki atmosferyczne musiała zostać odwołana.
Amerykanie mają duże doświadczenie w wykorzystywaniu bezzałogowych samolotów do niszczenia celów w krajach muzułmańskich. Drony wielokrotnie okazały się niezwykle skuteczną bronią podczas ataków na kryjówki talibów w Afganistanie, bombardowania członków al Kaidy na pakistańskich obszarach plemiennych, jak i w walce z z rebeliantami w Jemenie. Uzbrojone w pociski rakietowe Hellfire predatory mogą bowiem zabić niczego nieprzeczuwającego przeciwnika z wysokości 10 tysięcy stóp (3 tysiące metrów).