Na pomysł, by z kasy miasta płacić za taką metodę leczenia niepłodności, wpadła dr Dorota Polz-Gruszka, lubelska lekarka, kandydatka komitetu Lubelska Lewica Razem.
– Niepłodność staje się chorobą cywilizacyjną. Obowiązkiem władz samorządowych jest pomoc mieszkańcom zawsze, kiedy jest to możliwe – tłumaczy kandydatka lewicy na prezydenta.
Podkreśla, że kryteria kwalifikowania do programu będą stricte medyczne.
– Chciałabym, aby program rządowy był wystarczający i wszystkie zainteresowane pary mogły z niego skorzystać, jednak dane dotyczące potrzeb są szacunkowe i nie wiadomo z całą pewnością, czy tak się stanie – wyjaśnia Polz-Gruszka. ?– Pomoc miasta w postaci miejskiego programu in vitro będzie kierowana do par, które spełniają kryteria medyczne, a nie zakwalifikowały się do programu ministerialnego z powodu wyczerpania środków finansowych – dodaje.
Faktycznie Lublin ma niewielki przyrost naturalny. Jak wynika z danych tamtejszego ratusza, w tym roku do 3 października na świat przyszło 2532 dzieci, zmarło 2317 osób. W całym poprzednim roku odnotowano 3230 narodzin i 3134 zgony.
Czy miasto jest gotowe na dołożenie do programu in vitro? – Jeśli taki wniosek wpłynie, jeśli przychyli się do niego rada miasta i poprze taki postulat, to w budżecie znajdą się środki, by zrealizować taki postulat – twierdzi Beata Krzyżanowska, rzecznik Lublina.
Dodaje, że będzie tak jak w przypadku innych inicjatyw prozdrowotnych – w budżecie jest rezerwowana kwota na ich realizację. W 2014 roku na pomoc społeczną i takie programy miasto wyda 238 mln zł.
To nie zadanie miasta
Pomysł lewicowej kandydatki nie podoba się kontrkandydatowi w prezydenckim wyścigu Grzegorzowi Muszyńskiemu z PiS. – Wybory samorządowe to nie jest miejsce na dyskusje ideologiczne. W tych wyborach chodzi o to, by być jak najbliżej ludzi, in vitro to, zadanie państwa, a nie miasta – twierdzi Muszyński.
Zwraca też uwagę, że samorząd Lublina nie ma żadnego swojego szpitala. – Te, które są w naszym mieście, to albo lecznice akademickie, albo należące do samorządu województwa. Prezydent nie ma w nich nic do powiedzenia – tłumaczy kandydat PiS.
Dorota Polz-Gruszka mówi, że dla niej jako doktora nauk medycznych kwestią kompletnie niezrozumiałą jest postrzeganie nowoczesnych metod leczenia w kategoriach ideologicznych.
– Jeśli jest pacjent potrzebujący pomocy i jest metoda leczenia, która może mu pomóc, to tam nie ma miejsca na ideologię, a w relacjach lekarz–pacjent liczy się tylko i wyłącznie światopogląd pacjenta. To on decyduje, jakim procedurom chce się poddać – mówi kandydatka Lewicy.
Podkreśla też, że lekarz ma obowiązek leczyć zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, wszystkimi dostępnymi metodami, a swoje osobiste poglądy może głosić prywatnie. – Jeśli nie będziemy przestrzegać tej zasady, grozi nam zahamowanie rozwoju medycyny – dodaje Polz-Gruszka.
A wyborcy są starsi
Zdaniem dr. Flisa kwestia finansowania in vitro przez samorząd może być ważna dla części wyborców, a kandydatów, którzy się tego domagają, może silnie identyfikować. – Ale czy to pomoże odnieść zwycięstwo wyborcze, to już osobna sprawa – dodaje.
Z kolei dr Rafał Chwedoruk, politolog z UW, uważa, że postulat o finansowaniu in vitro przez samorząd jest jednym z najbardziej niszowych.
– W poprzednich wyborach samorządowych SLD uzyskał bardzo dobry wynik. Dostał ?15 proc. miejsc w sejmikach i ponad 20 proc. burmistrzów, ale wtedy SLD sytuował się między PO a PiS, a partia była odległa od wojowniczego antyklerykalizmu – tłumaczy dr Chwedoruk.
Dodaje, że nie sądzi, by tego typu postulaty jak w Lublinie ułatwiły powtórzenie tamtych wyników wyborczych, zwłaszcza że wyborcy lewicy są w wieku średnio-starszym.