O sprawie pisze Wirtualna Polska. Marzena i Janusz są bliźniętami pochodzącymi z niewielkiej wsi położonej niedaleko Suwałk. Mieszkańcy pamiętają ich z dzieciństwa i wczesnej młodości. Oboje ukończyli szkołę podstawową w połowie lat 90. i od tego czasu przestali być widywani. Mieszkańcy wsi przyznają, że nic nie wskazywało na to, aby rodzeństwo było niesprawne intelektualnie.

Czytaj więcej

Osoby z emeryturą do 4451,78 zł są zwolnione z tej opłaty. Wielu o tym nie wie

Jak rodzice tłumaczyli nieobecność dzieci?

Sąsiedzi nie podejrzewali, że dzieci są przetrzymywane w gospodarstwie. Rodzice tłumaczyli ich nieobecność wyjazdem. Według jednej z wersji Marzena wstąpiła do klasztoru w Sejnach, natomiast Janusz rozpoczął pracę poza granicami Polski. Wyjaśnienia brzmiały wiarygodnie, ponieważ w tym okresie wielu młodych mieszkańców regionu opuszczało rodzinne miejscowości w poszukiwaniu nauki lub zatrudnienia.

Pytania pojawiły się po pogrzebie ojca

Przełom nastąpił po śmierci ojca rodzeństwa w styczniu tego roku. Marzena i Janusz nie pojawili się na pogrzebie, a ich matka miała przekazywać sąsiadom sprzeczne informacje. Jednym mówiła, że dzieci nie dostały wolnego w pracy, innym – że nie zdążyły wrócić z zagranicy. Później twierdziła, że pojawiły się na modlitwie w kaplicy, jednak nikt ich nie widział. W lokalnej społeczności zaczęły krążyć plotki. W końcu na policję miał trafić anonimowy donos, że rodzeństwo nigdy nie opuściło rodzinnego domu i było w nim uwięzione.

Czytaj więcej

Sporo Polaków wierzy w soki i suplementy przeciwko rakowi. Lekarze alarmują

Pod koniec maja na terenie gospodarstwa interweniowała policja. Marzena i Janusz zostali przewiezieni do szpitala psychiatrycznego, gdzie pozostają pod opieką lekarzy. Pierwsze oficjalne zawiadomienie w sprawie miało wpłynąć właśnie ze szpitala w Suwałkach.

Śledczy weryfikują relacje mieszkańców

Obecnie sprawą zajmuje się prokuratura, która sprawdza, czy rodzice przez lata izolowali swoje dorosłe dzieci i w jakich warunkach rodzeństwo przebywało. Do tej pory funkcjonariusze przeprowadzili oględziny domu oraz budynków gospodarczych. Na obecnym etapie nikomu nie przedstawiono zarzutów. Śledczy podkreślają też, że opowieści mieszkańców wymagają dokładnej weryfikacji. Prokuratura zapewnia przy tym, że rodzeństwo jest obecnie bezpieczne.

Sąsiedzi w rozmowie z Wirtualną Polską wspominają, że brama gospodarstwa była zwykle zamknięta, posesji pilnowało wiele psów, a ojciec nie wpuszczał do środka listonosza, urzędników ani księdza. Wszystkie formalności załatwiał przy bramie. Zadziwiający jest również wątek siostry Marzeny i Janusza, która jako jedyna z rodzeństwa funkcjonowała w społeczności. Kobieta pracowała jako nauczycielka w pobliskiej szkole i nie wiadomo, jak wiele wiedziała o całej sytuacji.

Mieszkańcy przyznają dziś, że niektóre zachowania rodziny faktycznie wydawały się nietypowe, ale nie dawały im wyraźnych podstaw do zawiadomienia służb. Dopiero po latach zaczęli się zastanawiać, czy za zamkniętym ogrodzeniem nie rozgrywał się dramat, którego nikt nie zauważył.