Reklama

Jak Merkel pogrążyła PO

Jak kanclerz wyeliminowała z gry Donalda Tuska.

Aktualizacja: 28.10.2015 19:41 Publikacja: 27.10.2015 19:59

Jak Merkel pogrążyła PO

Foto: AFP

Jeśli kanclerz Niemiec jest zaniepokojona wynikami wyborów z ostatniej niedzieli, powinna mieć pretensje do siebie. W znacznym stopniu przyczyniła się do spektakularnej porażki PO.

W dzisiejszych burzliwych czasach przewidzieć rozwój wydarzeń politycznych nie jest łatwo. Ale raz mi się udało. Latem ubiegłego roku byłem jednym z nielicznych, którzy uznali, że decyzja Donalda Tuska o przerwaniu misji kierowania rządem i wyjeździe do Brukseli była absurdalna – dla niego samego, kierowanej przez niego formacji i kraju.

Wspomnienie Schroedera

Oto po raz pierwszy w historii integracji urzędujący przywódca dużego państwa Wspólnoty decydował się na porzucenie bardzo realnej władzy na rzecz iluzji kierowania Europą. Na myśl przychodziło mi wówczas porównanie z Gerhardem Schroederem, który zmarnował wizerunek wielkiego kanclerza, reformatora niemieckiej gospodarki i autora poszerzenia Unii na wschód, przyjmując intratną finansowo, ale wątpliwą politycznie, posadę w Gazpromie.

Do takiego kroku polskiego premiera namówiła Angela Merkel. To był czas, gdy w wychodzącej z kryzysu pod kierunkiem Niemiec Europie kanclerz była u szczytu władzy w Europie. Dlatego bez większej trudności przekonała do kandydatury Polaka pozostałych przywódców Wspólnoty. Tuskowi mogło się wówczas wydawać, że skoro Merkel, wtedy uważana przez wielu za jedynego „męża stanu" Unii, nalega, to warto skorzystać z okazji, bo z pewnością kanclerz ma ambitne plany dla polskiego polityka w jego nowej roli.

Ale Merkel nie tylko się myliła, ona także Tuska oszukała. To za jej sprawą w trakcie blisko roku kierowania Radą Europejską Polak został odsunięty od głównych wyzwań, przed jakimi stanęła zjednoczona Europa. Były premier nie uczestniczył w negocjacjach z Rosją na temat przyszłości Ukrainy, nie został dopuszczony do najważniejszych spotkań z Aleksisem Ciprasem w sprawie przyszłości Grecji w strefie euro. We wszystkich tych sprawach decyzje podejmowała Merkel. To także ona narzuciła unijną strategię wobec bezprecedensowej fali uchodźców, jaka zalewa od lata tego roku Europę. Tusk został sprowadzony do roli szefa brukselskiego sekretariatu najważniejszych przywódców Europy.

Reklama
Reklama

Partner Kaczyńskiego

Nikt nie wie, jaki byłby wynik wyborów w Polsce, gdyby Merkel nie skusiła Tuska do wyjazdu z kraju. Z pewnością kluczową rolę w decyzji wielu Polaków o poparciu PiS odegrało zmęczenie dotychczasowym układem, arogancja rządzących, rosnące kontrasty w dochodach. Sam Tusk w ostatnich miesiącach kierowania rządem popełnił wiele błędów, jak próba zamiecenia pod dywan afery taśmowej czy zaniechanie reform, które poprawiłyby warunki pracy młodych ludzi, do tej pory jednej z podpór Platformy.

Ale niespodziewany wyjazd Tuska stworzył mimo wszystko nową jakość na polskiej scenie politycznej. Szef rządu pozostawił swoją partię nieprzygotowaną. Zabrakło w niej stratega tego formatu co Jarosław Kaczyński, który nawet z tylnego siedzenia mógłby przygotować partię do wyborów.

W przeszłości Platforma wychodziła z wielu tarapatów, bo Tusk potrafił wyczuwać nastroje społeczne. Jego brak w znacznej, być może decydującej, mierze przyczynił się do spektakularnej porażki kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Dotychczasowy prezydent, otoczony przez miernych doradców, starał się wykreować na statecznego, doświadczonego przywódcę, który obroni kraj przed zagrożeniem ze strony Rosji. Tyle że w tamtych miesiącach Władimir Putin powstrzymał już ofensywę na Ukrainie, kryzys wschodni zszedł z czołówek gazet, a wraz z nim poczucie bezpośredniego zagrożenia. Miliony Polaków oczekiwały zaś nie stabilności, ale zmiany, która pozwoli im skorzystać z rosnącej zamożności kraju.

Czy Tusk dopuściłby do takiego rozejścia się oczekiwań wyborców i oferty obozu władzy? Znając jego wytrawną znajomość polskiej polityki, trudno sobie wyobrazić, że wpadłby w taką pułapkę. Wyjeżdżając do Brukseli, szef rządu liczył, że będzie mógł „na telefon" kierować swoją dotychczasową partią. To okazało się iluzją, bo niezliczona ilość biurokratycznych zobowiązań po prostu nie pozostawiła mu na to czasu. A spektakularna, bo zupełnie niespodziewana porażka Komorowskiego uruchomiła dynamikę, która doprowadziła pięć miesięcy później do jeszcze większej porażki PO w wyborach parlamentarnych.

W tej kolejnej klęsce Angela Merkel miała jednak raz jeszcze wydatny udział. W sierpniu, gdy kampania wyborcza wchodziła w Polsce w decydującą fazę, to kanclerz zapowiedziała, że może przyjąć wszystkich uchodźców, którzy dotrą do Niemiec. A gdy się okazało, jak fatalny jest efekt tej deklaracji, postanowiła przerzucić ciężar emigrantów na innych, forsując stały mechanizm podziału przyjezdnych między wszystkie kraje Unii.

Odchodzący polski rząd został w ten sposób postawiony między młotem i kowadłem. Za swój znak firmowy obrał przecież wspieranie integracji, doskonałe stosunki z Niemcami. Nie mógł więc otwarcie sprzeciwić się oczekiwaniom Berlina. Ale z drugiej strony sprawa uchodźców wystawiła PO na łatwy ostrzał opozycji, bo nieprzygotowane na nagły napływ obcych kulturowo imigrantów społeczeństwo zachowało się wobec nich podejrzliwie, niechętnie. Rząd zaczął więc kluczyć, wahać się, pogrążać.

Reklama
Reklama

Druga kadencja niepewna

Ostatnia odsłona tego dramatu zapewne jeszcze przed nami. Z powodu kryzysu uchodźców notowania Merkel w Niemczech szybko spadają. Coraz trudniej sobie wyobrazić, że w 2017 r. po raz czwarty będzie kandydowała na szefa rządu. Więcej, nie jest pewne, czy w ogóle dotrwa na urzędzie kanclerskim do tego momentu. A jeśli tak, to kto poprze Tuska, gdy za półtora roku przywódcy Unii będą decydowali o przyznaniu mu drugiej kadencji? Ze strony nowych władz w Warszawie raczej nie powinien oczekiwać nadmiernej sympatii.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama