Opublikowany w poniedziałek projekt Ministerstwa Sprawiedliwości ustawy o wolności w sieci pokazuje, że politycy Solidarnej Polski dostrzegli, jak bardzo debata publiczna zmieniła się pod wpływem mediów społecznościowych. To bardzo dobra wiadomość.

Zła jest taka, że autorzy ustawy widzą zagrożenie zupełnie nie tam, gdzie ono rzeczywiście leży. Lekiem na zło ma być powołanie Rady Wolności Słowa, która będzie nakładać nawet 50 mln zł kary na platformy społecznościowe, które będą usuwały treści zgodne z polskim prawem, lub nie będą usuwać tych, które są przestępcze. Sęk w tym, że istnieje mnóstwo spraw, które są zgodne z prawem, ale równocześnie dramatycznie psują debatę publiczną. Algorytmy prowadzą do polaryzacji społecznej i politycznej, do radykalizacji postaw czy szerzenia teorii spiskowych. Facebook usunął ostatnio miliony kont związanych z grupą QAnon, które kolportowały teorie spiskowe, np. o tym, że w USA rządzi spisek sił zła, z którym walkę podjął Donald Trump. Opowiadanie bzdur o tym, że światem rządzą tajne siły, nie jest w Polsce przestępstwem, a więc zgodnie z logiką przyjętą przez resort sprawiedliwości Facebookowi nie wolno byłoby zamknąć polskiego odpowiednika QAnon.

W 2016 r. rosyjski wywiad włamał się do komputerów sztabu Hillary Clinton, informacje ujawnił następnie WikiLeaks, co przyczyniło się do porażki Clinton w wyborach. By uniemożliwić wpływanie przez Rosjan na amerykańską politykę, Twitter wprowadził zasadę zabraniającą tzw. hack & leak, czyli umieszczania w serwisie informacji pochodzących z działań hakerskich.

Gdy przed ostatnimi wyborami „New York Post" opublikował artykuł zawierający rzekomo maile syna Joe Bidena, Twitter uniemożliwił linkowanie do tego tekstu. Nie chciał po raz kolejny stać się narzędziem wzmacniania treści niewiadomego pochodzenia. Dopiero po kilkudziesięciu godzinach zdjął swój zakaz. W styczniu tego roku Twitter zawiesił konto Trumpa po szturmie na Kapitol, bo w jego ocenie prezydent podżegał do nieuznania wyniku wyborów i odpowiadał za zamieszki.

Nie twierdzę, że szefostwo Twittera miało rację, dość powiedzieć, że Rada Wolności Słowa pod groźbą wielomilionowych kar uniemożliwiłaby platformom podejmowanie działań, które mają służyć ograniczeniu szkód wynikających z wykorzystywania mediów społecznościowych przez złych ludzi w złych celach.

Przecież nie jest też przestępstwem negowanie pandemii. Media społecznościowe chowają jednak nieprawdziwe informacje na temat koronawirusa, w poczuciu odpowiedzialności za zdrowie swoich użytkowników. Koronasceptycy z pewnością zmusiliby Radę Wolności Słowa do przywrócenia różnych postów siejących absurdalne teorie na temat pandemii.

I tu jest sedno problemu. Dezinformacja, fake newsy, trolling, szerzenie teorii spiskowych, radykalizacja, powstawanie baniek informacyjnych, prywatyzacja debaty publicznej – to najpoważniejsze problemy związane z tym, że media społecznościowe wymknęły się spod kontroli. Jeśli chcemy to zmienić, trzeba wprowadzić klarowne zasady moderacji treści na platformach. Propozycja Ministerstwa Sprawiedliwości idzie w zupełnie innym kierunku – de facto zabraniając moderacji.

Zresztą podejście MS jest niekonsekwentne. Resort bronił drukarza, który odmówił druku materiałów zleconych przez środowiska LGBT, argumentując prawem jego sumienia. Platformy społecznościowe nie mogą jednak mieć swego sumienia i zakazywać treści, które choć są zgodne z prawem, są ich zdaniem szkodliwe. Skądinąd samo hasło „Rada Wolności Słowa" pachnie z daleka Orwellem i budzi nieufność, że nie chodzi o żadną wolność słowa, ale o politykę.

Jedyne, za co warto ten pomysł pochwalić, to stworzenie tzw. ślepego pozwu, przerzucając na państwo obowiązek ustalenia użytkownika, który anonimowo narusza czyjeś dobra osobiste w sieci.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ