Oglądając mecze na mundialu, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo politycznie jesteśmy manipulowani. I nie chodzi tylko o trywialne wykorzystywanie rozgrywek do promowania się poszczególnych polityków, jak w przypadku prawie każdego prezydenta, czy pokazywanie swojego kraju jako normalnego i dobrze rozwiniętego, jak w przypadku Putina. Nie chodzi nawet o już naprawdę łatwo rozszyfrowywalne zabiegi Jacka Kurskiego, który po każdym meczu chwali się na Twitterze „pikami" oglądalności, tak jakby widzowie włączali TVP dlatego, że jej prezesem jest on, a linia partii rządzącej, tak nachalnie w niej prezentowana, cieszy się wysokim poparciem społecznym.

Czytaj więcej:

Opozycja: Siermiężna polityka źródłem sukcesu

Twarze w narodowych barwach

Prawdziwa manipulacja nami odbywa się na poziomie głębszym – w procesie kształtowania w nas postaw patriotycznych. Bo sport, w szczególności piłka nożna, służy do budowania narodów, do stwarzania Polaków, Niemców czy Senegalczyków, do utwierdzania w nas miłości do swoich ojczyzn.

Podczas mundialu następuje zintensyfikowanie procesu budowania narodu – piłkarze ubierają się w stroje narodowe, na koszulkach mają umieszczone godła, które całują przy byle okazji, śpiewają hymny narodowe, wzruszają się przy wciąganiu na maszt narodowej flagi. Naśladują ich w tym kibice – malują twarze w narodowe barwy, śpiewają piosenki wychwalające ich ojczyzny, wykrzykują hasła narodowe. Wszystko to wzmacnia w nich patriotyzm i przywiązanie do swego kraju.

Wbrew powszechnej opinii, sport nie sprawia, że nie ma wojen. Rzecz ma się odwrotnie – jest sport międzynarodowy, dlatego że nie ma wojen. Rywalizacja sportowa nie zmniejsza niechęci między poszczególnymi nacjami. Przeciwnie – podtrzymuje nienawiści i utrwala stereotypy. Wystarczy przeczytać tytuły w tabloidach o „teutońskiej pogardzie", „południowej fieście" czy „słowiańskiej fantazji".

Zresztą nie tylko język tabloidów jest w tych dniach przesycony narodową specyfiką. Także normalne gazety i zwyczajni komentatorzy posługują się, nolens volens, narodową retoryką. Piszą o tym, że „Turcy upokorzyli Egipt", „Francuzi pokonali Anglię" czy „Polska rzuciła na kolana Rosję". Ten język utrwala narodowe identyfikacje i spaja poszczególne nacje wokół siebie. Poważni socjolodzy włoscy dowodzili, że fakt, iż Azzurri nie zakwalifikowali się na mistrzostwa, może mieć poważne konsekwencje polityczne, bowiem piłka nożna jest jedynym, co prawdziwie spaja naród, który zjednoczył się dopiero półtora wieku temu.

W czasie mundialu poszczególne nacje przypominają sobie, że są jednością, że odróżniają się od innych, że stanowią coś odrębnego wobec pozostałych grup społecznych. Szczegółowo analizuję to w mojej nowej książce „Budowanie narodu. Przypadek Polski w latach 2015–2017", ale warto w tym miejscu wspomnieć o pojęciu „banalnego nacjonalizmu" autorstwa Michaela Billiga, który w niezauważalnych artefaktach, jak banknoty, monety, wystawy, nazwy ulic itp., dostrzega świadomą pracę państw w wytwarzaniu u swych obywateli potrzeby identyfikacji narodowej. Nie jest ona naturalna (wszak nikt nie rodzi się Polakiem czy Czechem), dlatego państwa i nacjonaliści wykorzystują wszelkie narzędzia, takie jak edukacja, media, służba wojskowa, muzea itp., do wdrukowywania w umysły wyborców uczuć patriotycznych i miłości do ojczyzny.

Mundial jest fantastyczną okazją do tego, by robić to także za pomocą sportu. Zdarzają się wypadki kuriozalne, jak klip z Jackiem Gmochem prowadzącym do boju husarzy, żołnierzy wyklętych, a nawet robotnika poznańskiego z 1956 roku, ale zazwyczaj dzieje się to niepostrzeżenie („banalnie") i skutecznie. Państwa i narodowcy atakują nasze zmysły i uczucia patriotycznymi komunikatami, tak byśmy identyfikację narodową uważali za oczywistą, jedyną i naturalną. Podczas gdy ona jest sztuczna, młoda, niejedyna. Powstała niedawno – jak samo słowo „międzynarodowy", które wymyślił dwieście zaledwie lat temu Jeremy Bentham. 99 proc. historii ludzkości upłynęło jej bez znajomości pojęcia „narodu", bo to twór nad wyraz nowoczesny i modernistyczny. Może właśnie dlatego wykorzystuje każdą okazję do wmówienia nam, że jest czymś oczywistym, naturalnym i jedynym. Mundial jest ku temu fantastyczną sposobnością. Miejmy to na uwadze, kibicując „naszym" w walce z „innymi".

Pamiętajmy także jeszcze o jednym. Jak pisał wspomniany już Billig: „Dzień po dniu miliony mężczyzn poszukują tam [w sporcie – przyp. M.M.] przyjemności, podziwiając heroizm w imię spraw wagi państwowej oraz dobrze się bawiąc przy czytaniu treści, które, jeśli spojrzeć na nie intertekstualnie, przypominają opisy działań wojennych. Tego typu przyjemności nie mogą być niewinne. Jeśli flaguje się narodowość, to takie rutynowe przypominacze mogą także spełniać funkcję treningów; echa przeszłości nierzadko stanowią przygotowania do przyszłych czasów. Być może to my [...] któregoś dnia zareagujemy należytym entuzjazmem lub z mniej radosnym poczuciem obowiązku na wezwanie, że nasz kraj potrzebuje nas w sytuacji swojego być albo nie być. Lub może zrobią to nasi synowie, bratankowie czy wnuki. A wezwanie to wówczas zabrzmi znajomo: zobowiązania wszak już zagruntowano; ich słowa dawno już zadomowiły się w polu naszej przyjemności".

Hasła, miny, krzyki i inne

W tym kontekście kibicowanie „swojej" drużynie miałoby jeszcze jeden, już bardzo poważny, kontekst: przygotowywanie młodych mężczyzn, ale nie tylko ich, do czynu zbrojnego oraz oddawania życia, a także odbierania go innym, za ojczyznę. Byłoby zatem śledzenie rozgrywek mundialowych nie tylko niewinną rozrywką, ale de facto przygotowaniami do wojny i czynu zbrojnego. Do uśmiercania „innych" i bronienia „naszych".

Patrząc zresztą na hasła, miny, krzyki i inne zachowania części kibiców, nie tylko kiboli, można mieć wrażenie, że taka perspektywa wcale nie byłaby im niemiła. Warto także i to mieć w świadomości, patrząc na 22 facetów uganiających się za piłką. Ale także na miliony, a nawet miliardy, widzów śledzących te rozgrywki. To nie jest tylko niewinna gra. To flagowanie, wzmacnianie patriotyzmu, dzielenie świata na „swoich" i „obcych". Ale przede wszystkim podtrzymywanie w ludziach modernistycznego przekonania, że są członkami jakichś naturalnych i odwiecznych tworów, zwanych narodami.

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim i byłym eurodeputowanym PiS