Reklama
Rozwiń
Reklama

Okradziony sprzedawca spłaca dług

Podczas napadu czterech bandytów zabrało ajentowi utarg i bilety. Teraz musi on zwrócić miejskiej spółce 78 tys. zł

Aktualizacja: 16.11.2007 11:20 Publikacja: 16.11.2007 00:14

Okradziony sprzedawca spłaca dług

Foto: Rzeczpospolita

Jerzy Mierzejewski na początku 2000 r. podpisał umowę z Zarządem Transportu Miejskiego na sprzedaż biletów komunikacji miejskiej. Handlował nimi w kasie przy rondzie ONZ, do 31 października 2000 r.

Tego dnia pan Jerzy skończył pracę o godz. 18.15. Miał przy sobie bilety warte 46 tys. zł i utarg – ok. 70 tys. zł.

– Nie mogłem ich wpłacić w kasie przy ul. Senatorskiej, bo była otwarta tylko do godz. 14 – wspomina pan Jerzy. Dlatego schował pieniądze i bilety do nesesera. Kierowca odwiózł go do domu radiowozem Nadzoru Ruchu MZA. – Otwierałem drzwi windy, gdy ktoś zaczął mnie dusić od tyłu i tłuc po głowie – opowiada pan Jerzy. – Gdy upadłem, wyrwano mi neseser. Straciłem przytomność.

Pan Jerzy na kilkanaście dni trafił do szpitala. Miał liczne obrażenia głowy, m.in. złamanie ściany oczodołu i nosa. Policja wszczęła śledztwo. Świadkowie zeznali, że widzieli czterech bandytów, którzy uciekali samochodem. Pomimo że żona pana Jerzego poinformowała ZTM o napadzie, pracodawca już dwa tygodnie później zażądał zwrotu 113 tys. zł. W przeciwnym wypadku zapowiedział skierowanie sprawy do sądu.

– Nie miałem tyle, dlatego poprosiłem o umorzenie tej kwoty – mówi Jerzy Mierzejewski. ZTM nawet nie odpowiedział, za to w połowie grudnia 2000 r. rozwiązał z nim umowę na sprzedaż biletów.

Reklama
Reklama

Miesiąc później policja umorzyła śledztwo w sprawie napadu, bo nie znalazła bandytów. – A ja leczyłem się przez kilka miesięcy – wspomina pan Jerzy.

W połowie maja 2001 r. ZTM skierował do sądu okręgowego pozew cywilny o zapłatę 115 tys. zł. Po trzech latach pan Jerzy przegrał sprawę, sąd nakazał mu zwrócić całą kwotę. W uzasadnieniu stwierdził, że ajent nie dochował należytych środków bezpieczeństwa przy transporcie gotówki, bo nie poprosił kierowcy, by wszedł z nim na klatkę schodową. – Z umowy wynikało, że ponoszę odpowiedzialność za przechowywanie i transport gotówki. Ale ZTM nie zorganizował choćby szkolenia z zakresu bezpieczeństwa – przyznaje pan Jerzy. – Po wyroku usłyszałem, że powinienem sam zatrudnić ochroniarza. Przecież nie było mnie na to stać.

Po odwołaniach sąd apelacyjny uznał, że zarówno pan Jerzy, jak i ZTM złamali przepisy dotyczące transportu pieniędzy. Mimo to zasądził od ajenta ponad 38 tys. zł, czyli jedną trzecią żądanej przez spółkę kwoty oraz ok. 40 tys. zł odsetek. W ciągu kilku miesięcy pan Jerzy spłacił ok. 20,5 tys. zł. – Przeznaczałem na to pensję, nagrody, pożyczki, a nawet kredyt w banku – mówi. Ale w kwietniu wystąpił do dyrektora ZTM o umorzenie odsetek i rozłożenie na raty należności głównej. Argumentował to trudną sytuacją materialną i chorobą. – Nie uchylam się od spłaty, ale odsetki przerastają kwotę główną – tłumaczy.

Co na to ZTM? – O ile ten pan udokumentuje swoją trudną sytuację, będę mógł umorzyć kwotę do 20 tys. zł – informuje dyrektor Leszek Ruta, dyrektor ZTM.

Dwa dni temu Jerzy Mierzejewski złożył w ZTM dokumenty. Dzięki „Rzeczpospolitej” przypadkiem pana Jerzego zainteresował się ratusz. – Sprawę przekażemy do skarbnika miasta, z uchwały Rady Warszawy wynika, że sumy powyżej 20 tys. zł może umorzyć skarbnik lub prezydent miasta – deklaruje Tomasz Andryszczyk, rzecznik ratusza.

Po napadzie na pana Jerzego ZTM wzmógł ochronę ajentów. Pieniądze odbierają od nich uzbrojeni konwojenci.

Reklama
Reklama
Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama