Rz: Jeden z deweloperów buduje w Warszawie osiedle, na którym będą mieszkali głównie gorliwi katolicy. Pojawiły się oskarżenia o to, że przedsiębiorca selekcjonuje ludzi.
Michał Wojciechowski:
Sam bym takiego osiedla chyba nie wybrał, ale pretensje są zupełnie nieuzasadnione. Skoro wolno nam kupić z przyjaciółmi sąsiednie działki, na których możemy zbudować domy, to dlaczego nie wolno nam kupić mieszkań obok siebie? Wolni ludzie mogą dysponować majątkiem wedle życzenia. A prawa do takiego postępowania często odmawiają nam ci, którzy sami mienią się szermierzami wolności.
Mieszkania dla katolików mają być tańsze.
Każdy ma prawo obniżyć cenę. Na wolnym rynku liczy się subiektywna wartość. Przedsiębiorca może realizować inne cele poza finansowo rozumianym zyskiem. Może spokojnie stwierdzić, że chce pomagać przyjaciołom. To kwestia indywidualnego osądu. Dzielenie się swoim zyskiem nie jest zresztą zakazane.
Ale czy taki trend nie sprawi, że miasta podzielą się na getta? Osiedla zdemoralizowanych i etycznych, bogatych i biednych?
Generalnie nierówności między ludźmi są rzeczą naturalną i nie można ich znieść, chyba że w warunkach skrajnego totalitaryzmu, gdzie jest to równość w biedzie. W Polsce grodzenie osiedli wynika natomiast z faktu, że państwo nie zapewnia bezpieczeństwa i jest dużo uciążliwej drobnej przestępczości, w tym złodziejstwa. Są przecież kraje z podobnymi różnicami majątkowymi, ale osiedla tam są otwarte.
Ale czy to normalne, że buduje się domy przeznaczone wyłącznie dla jednej grupy religijnej? Czy miejsce zamieszkania powinno być związane z wyznawaną religią?
Jak ktoś wydaje i sprzedaje książki o katolickiej etyce czy konserwatywnych ideach, to też ma większość klientów wyprofilowanych. Chyba naturalne jest, że będą je kupowali ludzie utożsamiający się z tymi wartościami. I ten oczywisty fakt przecież nie budzi zdziwienia. Zatem katolickie osiedla, gdzie sprzedawcy preferują określoną klientelę, też nie powinny.