Stopa inwestycji w relacji do PKB ociera się dziś o 17 proc., podczas gdy jeszcze niedawno w planach pojawiał się pułap 25 proc. Uczestnicy panelu „Inwestycje przedsiębiorstw warunkiem rozwoju polskiej gospodarki. Jak je sfinansować?” mieli za zadanie wskazać bariery, które uniemożliwiają większe inwestycje w polskiej gospodarce.
Pierwszy głos zabrał Marcin Kościński, wiceprezes ING Banku Śląskiego odpowiadający za pion klientów biznesowych. Od razu wskazał na pęknięcie, które przewijało się potem przez całą debatę.
– Mamy do czynienia z pewną dwubiegunowością. Firmy duże czy bardzo duże potrafią sobie poradzić i wykorzystywać okazje. Mają wystarczająco dużo zasobów, sił i umiejętności strategicznego, długoterminowego myślenia – mówił. – Natomiast kłopot mamy z firmami małymi i średnimi, bo te ewidentnie są w inwestycyjnym marazmie – ocenił, zastanawiając się, czy nie jest to kwestia pokoleniowa. – Kończy się pokolenie, które w latach 90. z gigantycznym optymizmem zaczęło budować swoje biznesy, a przy okazji polską gospodarkę. Nowe pokolenie garnie się do tematu nieco mniej – stwierdził.
Sebastian Perczak, członek zarządu Citi Handlowy, dorzucił do tego wątek skali. Przyznał, że skomplikowane otoczenie regulacyjne bywa hamulcem, ale ostrzegł przed przecenianiem tego czynnika. – Jeżeli mamy firmę, która inwestuje globalnie, to skomplikowane środowisko regulacyjne i prawne de facto staje się codziennością. Nie chciałbym tego postrzegać jako jednego z głównych problemów – powiedział. Jego zdaniem bardziej dotkliwe jest rozdrobnienie sektora małych i średnich firm.
Bank to nie fundusz, fundusz to nie bank
Anna Wnuk, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych, przeniosła rozmowę z tematu dostępu do kapitału na kwestię świadomości, jak z niego korzystać. – Daleko nie dojdziemy, namawiając przedsiębiorców na inwestycje, jeśli będziemy się spierać, czy kredyt jest konkurencyjny dla equity – mówiła. – Powinniśmy im pokazywać, że dziś rynek finansowy dostarcza i dobrego długu, i kapitału, który w przeciwieństwie do długu jest w stanie wziąć na barki wyższe ryzyko ich inwestycji. Robimy to bardzo rzadko – przyznała.
To, że poszczególne źródła finansowania powinny się uzupełniać, a nie wykluczać, stało się wspólnym mianownikiem panelu. Wprost ujął to Michał Tomczyk, biegły rewident i partner w Dziale Rewizji Finansowej BDO, patrzący na firmy od strony danych. – Bardzo wiele start-upów i młodych firm technologicznych ma genialne pomysły, które nie zawsze wpisują się w modele bankowe – zauważył. – Rynek private equity i venture capital to obszary wciąż w Polsce płytkie. Powinny wspierać to, co robią banki – mówił.
Przedstawiciele banków podczas panelu wskazali granicę swojej roli. Kościński nie zostawił złudzeń, że to one miałyby finansować ryzykowne pomysły. – Bank żyje dość skromnie, zarabia 2–3 proc. marży. Jak się spojrzy na statystyki, to z tych romantycznych pomysłów wychodzi czasem jeden na 100 – tłumaczył. – To nie jest rola banku, żeby finansować innowacyjny pomysł młodego przedsiębiorcy. My nie możemy tego robić, nie chcemy i się na tym nie znamy. Od tego są fundusze, które mają sprofilowane ryzyko i wchodzą własnościowo – dodał.
O symbiozie mówiła natomiast Wnuk. – Wyliczyliśmy sobie, że na 1 euro, które jako inwestorzy private equity inwestujemy, kolejne euro to są produkty bankowe – dług na akwizycję, na jej rozwój, kolejne transakcje – mówiła. Zaznaczała przy tym, że fundusz wnosi do spółki coś więcej niż gotówkę. – My zabezpieczamy przedsiębiorcę przed tym, że jest sam w ekspansji. Dajemy mu know-how, profesjonalizujemy zarządy, wprowadzamy ład korporacyjny. Dzięki temu pomagamy też bankom, żeby transakcja, w którą weszły, była bezpieczna – wyjaśniała.
Kościński podpisał się pod tymi słowami. – Nie jesteśmy konkurencją. Celujemy w inne podmioty lub inny etap rozwoju i robimy to dobrze wspólnie – mówił. – Firma, w którą wejdzie fundusz, nawet na udział mniejszościowy, w przyspieszonym tempie staje się dużo bardziej profesjonalna, przygotowana do skalowania i raportowania. Czasami warto zainwestować w kilka osób i dać im funkcję dyrektora finansowego albo kontrolera. To nie są stracone pieniądze – przekonywał.
Paradoks nadmiaru pieniędzy
Skala wolnego kapitału w sektorze bankowym okazała się jednym z mocniejszych punktów dyskusji. Kościński przyznał, że biznes, którym zarządza, ma „więcej depozytów firmowych niż kredytów firmowych”.
– To dość absurdalna sytuacja, bo uniwersalny bank raczej zbiera depozyty od klientów indywidualnych i z tego udziela finansowania firmom – mówił. Problem w tym, jak zaznaczał, że „projekty nie leżą, czekając, aż je sobie wybierzemy”.
Perczak potwierdził, że Citi Handlowy widzi to podobnie, i wskazał na strategiczną decyzję banku.
– Jesteśmy na ostatniej prostej, żeby oddać detal nowemu właścicielowi i skoncentrować się na finansowaniu polskich firm – mówił. Jako dowód gotowości sektora przywołał strukturę największych transakcji. – Nawet największe syndykacje to w większości kluby złożone z polskich banków. Te transakcje sięgają od kilku do dziesięciu miliardów złotych, mają konkurencyjne ceny, a rynek jest w stanie sfinansować projekty rozłożone na kilkanaście lat. Zachodnie banki często nie są w stanie sprostać oczekiwaniom naszych klientów w zakresie cen i struktur – powiedział.
Geopolityka, innowacyjność i edukacja
Skoro kapitału nie brakuje, paneliści szukali barier gdzie indziej. Jarosław Romanowski, CFO i członek zarządu Kulczyk Investments, dorzucił do listy kolejny czynnik: niepewność geopolityczną.
– To przedłużający się konflikt w Ukrainie, konflikt na Bliskim Wschodzie, ale też – będę eufemistyczny – niezbyt przewidywalna polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych – wymieniał. – Na regulacje podatkowe i prawne teoretycznie mamy wpływ, na resztę mniejszy. Jeżeli te czynniki stworzą masę krytyczną, z „zielonej wyspy” możemy się stać strefą zgniotu – ostrzegł.
Wnuk skupiła się z kolei na innowacyjności, nawiązując do wystąpienia dzień wcześniej na EKF premiera Donalda Tuska. Przywołała przy tym dane z Global Innovation Index, w którym Polska zajmuje 39. miejsce. – Mimo że jesteśmy wysoko, jeśli chodzi o przedsiębiorczość i pulę talentów, to jesteśmy daleko w drugiej pięćdziesiątce, jeśli chodzi o stabilność regulacyjną i dostęp do kapitału wysokiego ryzyka – przypomniała.
Romanowski dołożył do tego stan szkolnictwa, które według niego „wymaga głębokiej reformy, bo nie przygotowuje nowych pokoleń do nowoczesnej gospodarki”. Tomczyk uzupełnił obraz o problem czysto operacyjny, widoczny w firmach zgłaszanych do organizowanego przez „Rzeczpospolitą” konkursu „Orzeł Innowacji”, w którego kapitule zasiada. – Bardzo często są to osoby, które mają świetne pomysły, ale potrzebują wsparcia mentoringowego, żeby wykonać kolejne kroki. Pytanie brzmi, jak te świetne pomysły zamienić w dobry biznes – wskazał.
Trampolina, nie kroplówka
Osobnym wątkiem była rola środków publicznych z PFR, BGK czy funduszy unijnych. – Wszystkie pieniądze publiczne w długim terminie mają być katalizatorem do tego, żebyśmy jako gospodarka mogli finansować się ze środków prywatnych. Mają być trampoliną do rozwoju – mówiła Wnuk. – Nie możemy mówić, że finansowanie z BGK czy PFR ma zastąpić banki albo sektor prywatny, bo to równia pochyła – zaznaczyła.
Kościński przypomniał natomiast, że to właśnie instrumenty współdzielenia ryzyka napędziły rozwój finansowania w okresie pandemii i po niej. – Podkręcenie całego rozwoju finansowania pięć–sześć lat temu w dużej części było możliwe poprzez formuły risk-sharingowe, gwarancje ze strony BGK i wchodzenie PFR-u w te układy – mówił. Dziś, jak zauważył, gwarancje covidowe, które sięgały 80 proc., skracają się do 60 proc. i „pewnie będą jeszcze niższe”. – Dla gospodarki długoterminowo to zdrowe rozwiązanie – zauważył.
Na koniec, gdy prowadzący wrócił do tytułowego pytania, paneliści wskazywali nowe kierunki. Perczak przypomniał o kwestii powojennej odbudowy Ukrainy. – Tuż po wybuchu wojny widziałem olbrzymi entuzjazm: „czekamy, będziemy chcieli tam inwestować”. Teraz trochę on ostygł – zwrócił uwagę. – Problemem nie będą pieniądze, lecz governance, poradzenie sobie z administracją i – mówiąc wprost – problemem korupcji. Ale nie możemy czekać, bo kapitał z USA, zachodniej Europy czy Azji już tam napływa. Jeżeli będziemy czekać, po prostu się spóźnimy – podkreślił.
Romanowski zwrócił uwagę na nierówne warunki konkurencji. – W Grupie Qemetica jesteśmy obciążeni bardzo dużymi opłatami z tytułu ETS. Polska raportuje, że połowa tych środków idzie na wsparcie transformacji energetycznej, podczas gdy są to dotacje cenowe do energii, którą kupujemy – mówił.
– W Hiszpanii, we Francji czy w Niemczech tworzy się z tych pieniędzy fundusze celowe przeznaczane na wsparcie dla przedsiębiorców. Funkcjonujemy więc w trochę różnych warunkach konkurencyjnych – ubolewał.
Z kolei zdaniem Kościńskiego problem z finansowaniem w ogóle nie istnieje. – Dużo ważniejszym tematem jest to, dlaczego tych inwestycji nie ma i dlaczego koncentrują się w wąskiej grupie przedsiębiorstw – przekonywał.
Podparł się danymi z własnego banku: wolumeny kredytowe dla jednoosobowych działalności od kilku lat spadają, a najszybciej rosną firmy z obrotem powyżej 100 mln zł. I ocenił, że „jakaś formuła narodowej strategii wspierającej rozwój firm mniejszych i średnich jest absolutnie konieczna”.