To druga inscenizacja prozy Agnieszki Szpili, autorki głośnych „Heks”, do których premiery nie doszło w Teatrze Dramatycznym za dyrekcji Moniki Strzępki, a wystawionych ostatecznie przez Monikę Pęcikiewicz w Teatrze w Podziemiu we Wrocławiu.
„Larwy” w Nowej Hucie udały się również dzięki wyjątkowej pracy dramaturżki i dramatopisarki Darii Sobik, która zachowując sens i większość wątków oryginału w pierwszoosobowej narracji, przetransformowała wyjściowy tekst w wielogłosową i wielogatunkową formę idealną dla Pameli Leończyk. Reżyserki, słynącej już z tego, że w teatrze mnożącym efekty w stylu post i „postpost” – nawet uwspółcześniając tekst (patrz „Opowieść zimowa” Szekspira w stołecznym Powszechnym) nie demoluje literatury, tylko z powodzeniem znajduje dla niej nową teatralną interpretację, uwzględniającą formy współtworzące bogactwo i wielowymiarowość świata teatralnych widowisk.
Czytaj więcej
Zwycięzcami Plebiscytu Publiczności XXXII Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych są „Antygona” z Teatru Słowackiego w Krakow...
„Larwy" Agnieszki Szpili i Pameli Leończyk
W „Larwach” mamy więc znakomite solowe aktorstwo, monologi oraz indywidualne historie, ale też grę zespołową, świetną muzykę Magdaleny Sowul i partie wokalne nawiązujące do opery, zabawną, ale i erotyczną choreografię Daniela Leżona pod opieką specjalistki od scen intymnych (Bogumiła buzia gręda), scenografię i kostiumy Magdaleny Muchy, powagę podejścia do tematu, ale też przewrotny humor, który uwalnia od ciężaru traum, nie umniejszając ich znaczenia.
Oglądamy rzecz o matkach, których los, rodzinne historie czy pech naiwności w spotkaniach z nie tymi co trzeba mężczyznami – wypchnął z ram tak zwanego normalnego życia na bruk, ulicę, a ostatecznie do domu opieki społecznej Kokon, prowadzonego dla samotnych matek z dziećmi przez zakonnice w podwarszawskim Milanówku.
Lokalizacja wybrana przez Szpilę na miejsce społecznego dramatu, a nawet tragedii, jest nieprzypadkowa, choć do spodu fikcyjna. To podwarszawska willowa, pełna pałacyków miejscowość, znana z lepiej sytuowanych mieszkańców, słynna też z fabryki jedwabiu – symbolu wyższych sfer!, a także produkcji krówek-ciągutek Pomorskiego.
Czytaj więcej
W „Heksach”, które robimy w Teatrze Polskim w Podziemiu we Wrocławiu, próbujemy opowiedzieć o tym: nie macie nad nami władzy, bo nawet na najbardzi...
Obie te fabryki nie funkcjonują jako konkretne miejsca, lecz metafory pomagające odsłonić kulisy społecznej machinerii, a wręcz nieczystych machinacji. Jedwab na wzór larw produkują przypominające larwy cztery tytułowe bohaterki, które ktoś wyższościowo ulokowałby na marginesie społeczeństwa – choć przecież w ich produktach chodzą kobiety z lepszego towarzystwa. Z kolei ciągutki mają swój erotyczny kontekst, ponieważ „larwy”, czy ze względu na swoje upodobania, perwersje lub finansowe konieczności, trudnią się pokątnie prostytucją, zapewniając rozkosz (również oralną) oficjelom czy komornikom z Milanówka. Mają więc kolejne połączenie z tak zwanymi porządnymi obywatelami, choć ci do „larw”, korzystając z ich usług lub walorów, nigdy publicznie by się nie przyznali.
Burmistrz ultras w „Larwach"
Zwłaszcza dawny burmistrz – w opowiadaniu Szpili za publiczne pieniądze wynajmuje mieszkania dla swoich kochanek, w tym larw, a tym bardziej aspirujący do tego urzędu Norbert K., reprezentujący ultrakonserwatywną opcję, łowiący wyborców na hasła porządku moralnego, obowiązku życia w tradycyjnej rodzinie i zakazu wspierania matek samotnie wychowujących dzieci, bo to grozi społeczną gangreną.
Szpila portretuje więc hipokryzję ultrasa, który pokątnie korzysta z usług „larw”. W adaptacji Sobik i spektaklu Leończyk Łukasz Wójcicki wciela się we wszystkie męskie postaci (burmistrza, komornika itd.), pewnie również dlatego, że wszyscy ostatecznie są tacy sami, siebie warci, a ich ideowe deklaracje na tle tajemnic życia seksualnego – nic nie znaczą.
Leończyk zaczyna ostro (informacje o spektaklu naszpikowane są ostrzeżeniami przed wszystkim, co się da), dzięki czemu szybko zdajemy sobie sprawę z dość egzotycznego seksualnego sojuszu Norberta oraz „larw”, które samotne, z dziećmi na ręku symbolizowanymi przez ciężkie wory, walczą o stabilizację. A jednak zawsze ulegają swoim ślepym popędom, sprawiającym, że erotyczne fascynacje nie kończą się romantyczną relacją, tylko kolejną wpadką z przemocowcem. Ktoś powie o patologii, ale Szpila i twórczynie spektaklu wolą przypomnieć grecki źródłosłów tego określenia: cierpienie. Cierpienie kobiet.
Prawdziwy mężczyzna w „Larwach"
W myśl zaś tego, co mówi przewrotnie jedna z bohaterek, że najlepszy smak ma odważny seks z ultrakonserwatystą, który oficjalnie deklaruje „tradycyjne wartości” – dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie cztery bohaterki głosują z kolei wbrew swoim deklaracjom na prawicowca (bo się długopis omsknął itd., itp.). Wbrew doświadczeniom każdej z nich fetysz męskiego, muskularnego „prawdziwego mężczyzny” okazuje się bramą do kolejnych wpadek.
Jak by to dramatycznie nie brzmiało, uwertura tak skonstruowanego spektaklu ma przewrotnie humorystyczny wydźwięk i zwłaszcza wyznania o tajemnicy głosowania budzą śmiech. A i próba działalności gospodarczej, gdy „larwy” próbują zarabiać na sprzedaży swoich używanych majtek z niezwykle intensywnymi feromonami samicy jedwabnika morwowego (bombykol!), kiedy okaże się, że w takich majtkach znajdują upodobanie wzorowi obywatele miasta. Co czyni z Milanówka „drugą Japonią”, gdzie popyt na takie gadżety jak majtki dziewczyn od lat jest spory.
Czytaj więcej
Opera nosi tytuł „Fuego fatuo” („Błędny ognik”). Jej kompozytorem jest Manuel de Falla, który muzykę opracował wyłącznie z utworów Chopina. Przez l...
Generalnie oglądamy jednak kobiety na skraju załamania nerwowego, które ratuje kobieca solidarność. One marzą o tym, by córki mogły żyć normalnie, tak, jak chcą.
Najodważniejsza jest scena grana przez Karolinę Adamczyk z Teatru Powszechnego w Warszawie, kiedy bliskość erotyczna pełna jest przekroczeń granicy oddania i bólu. Bohaterka Bogumiły buzia grędy ma w sobie coś z tragicznego roztargnienia, które budzi sympatię do niej samej, zarówno u bohaterki, jak i widzów. Jest giętka i wytrzymała jak guma, którą przypomina w swoich gimnastyczno-jogowych figurach. Bohaterka Agaty Jędrzejczak ujawnia w sobie nieprzewidzianą siłę i odwagę, zaś Sylwia Boroń zaskakującą moc przetrwania w delikatności.
„Larwy" i wyjątkowa subtelność
Imponująca jest wrażliwość i subtelność bohaterek, którymi potrafią emanować nawet w sferach uważanych tradycyjnie za wulgarne. Zarówno Szpila, jak i Leończyk, pokazują nienaturalność i szantażujący charakter umów społecznych, które zawsze stawiają w negatywnym świetle osoby w hierarchii społecznej przegrane, zaś spuszczają kurtynę milczenia na wybryki „konserwatywnych liderów i autorytetów moralnych”. Ich zasady rzadko kiedy obowiązują.
To budzi u larw zrozumiały sprzeciw, którego konsekwencją jest czyn rodem z kryminału o zemście. Zaś politycznie - być może z nieodległej przyszłości, jeśli hasła takich polityków jak Norbert K. utorują drogę do władzy nie tylko w Polsce już w nadchodzących wyborach.
Kojąco działa śpiew grającej zakonnicę Kokonu Matyldy Sielskiej (mezzosopran). Jej rola jest pełna dystansu do okrutnego świata, jak piękna bajkowa opowieść, ale z czasem brzmi jak refren przypominający, w jakiej rzeczywistości żyjemy. W końcu przechodzi w ton modlitwy, która okazuje się nieskuteczna i wtedy staje się trenem. My zaś nie wiemy, kto po czekającej nas wizycie w lokalach komisji wyborczych zostanie uznany za margines społeczny, a kto będzie się pławił we władzy autorytarnej jak Norbert K. Ta niewiadoma ciąży nad całym światem jak fatum.