To druga inscenizacja prozy Agnieszki Szpili, autorki głośnych „Heks”, do których premiery nie doszło w Teatrze Dramatycznym za dyrekcji Moniki Strzępki, a wystawionych ostatecznie przez Monikę Pęcikiewicz w Teatrze w Podziemiu we Wrocławiu.

„Larwy” w Nowej Hucie udały się również dzięki wyjątkowej pracy dramaturżki i dramatopisarki Darii Sobik, która zachowując sens i większość wątków oryginału w pierwszoosobowej narracji, przetransformowała wyjściowy tekst w wielogłosową i wielogatunkową formę idealną dla Pameli Leończyk. Reżyserki, słynącej już z tego, że w teatrze mnożącym efekty w stylu post i „postpost” – nawet uwspółcześniając tekst (patrz „Opowieść zimowa” Szekspira w stołecznym Powszechnym) nie demoluje literatury, tylko z powodzeniem znajduje dla niej nową teatralną interpretację, uwzględniającą formy współtworzące bogactwo i wielowymiarowość świata teatralnych widowisk.

Czytaj więcej

Maja Ostaszewska najlepszą aktorką Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

„Larwy" Agnieszki Szpili i Pameli Leończyk

W „Larwach” mamy więc znakomite solowe aktorstwo, monologi oraz indywidualne historie, ale też grę zespołową, świetną muzykę Magdaleny Sowul i partie wokalne nawiązujące do opery, zabawną, ale i erotyczną choreografię Daniela Leżona pod opieką specjalistki od scen intymnych (Bogumiła buzia gręda), scenografię i kostiumy Magdaleny Muchy, powagę podejścia do tematu, ale też przewrotny humor, który uwalnia od ciężaru traum, nie umniejszając ich znaczenia.

Oglądamy rzecz o matkach, których los, rodzinne historie czy pech naiwności w spotkaniach z nie tymi co trzeba mężczyznami – wypchnął z ram tak zwanego normalnego życia na bruk, ulicę, a ostatecznie do domu opieki społecznej Kokon, prowadzonego dla samotnych matek z dziećmi przez zakonnice w podwarszawskim Milanówku.

Lokalizacja wybrana przez Szpilę na miejsce społecznego dramatu, a nawet tragedii, jest nieprzypadkowa, choć do spodu fikcyjna. To podwarszawska willowa, pełna pałacyków miejscowość, znana z lepiej sytuowanych mieszkańców, słynna też z fabryki jedwabiu – symbolu wyższych sfer!, a także produkcji krówek-ciągutek Pomorskiego.

Czytaj więcej

Agnieszka Szpila: Urządzam nową ojczyznę. Tą ojczyzną są „Heksy”

Obie te fabryki nie funkcjonują jako konkretne miejsca, lecz metafory pomagające odsłonić kulisy społecznej machinerii, a wręcz nieczystych machinacji. Jedwab na wzór larw produkują przypominające larwy cztery tytułowe bohaterki, które ktoś wyższościowo ulokowałby na marginesie społeczeństwa – choć przecież w ich produktach chodzą kobiety z lepszego towarzystwa. Z kolei ciągutki mają swój erotyczny kontekst, ponieważ „larwy”, czy ze względu na swoje upodobania, perwersje lub finansowe konieczności, trudnią się pokątnie prostytucją, zapewniając rozkosz (również oralną) oficjelom czy komornikom z Milanówka. Mają więc kolejne połączenie z tak zwanymi porządnymi obywatelami, choć ci do „larw”, korzystając z ich usług lub walorów, nigdy publicznie by się nie przyznali.

Burmistrz ultras w „Larwach"

Zwłaszcza dawny burmistrz – w opowiadaniu Szpili za publiczne pieniądze wynajmuje mieszkania dla swoich kochanek, w tym larw, a tym bardziej aspirujący do tego urzędu Norbert K., reprezentujący ultrakonserwatywną opcję, łowiący wyborców na hasła porządku moralnego, obowiązku życia w tradycyjnej rodzinie i zakazu wspierania matek samotnie wychowujących dzieci, bo to grozi społeczną gangreną.

Szpila portretuje więc hipokryzję ultrasa, który pokątnie korzysta z usług „larw”. W adaptacji Sobik i spektaklu Leończyk Łukasz Wójcicki wciela się we wszystkie męskie postaci (burmistrza, komornika itd.), pewnie również dlatego, że wszyscy ostatecznie są tacy sami, siebie warci, a ich ideowe deklaracje na tle tajemnic życia seksualnego – nic nie znaczą.

Leończyk zaczyna ostro (informacje o spektaklu naszpikowane są ostrzeżeniami przed wszystkim, co się da), dzięki czemu szybko zdajemy sobie sprawę z dość egzotycznego seksualnego sojuszu Norberta oraz „larw”, które samotne, z dziećmi na ręku symbolizowanymi przez ciężkie wory, walczą o stabilizację. A jednak zawsze ulegają swoim ślepym popędom, sprawiającym, że erotyczne fascynacje nie kończą się romantyczną relacją, tylko kolejną wpadką z przemocowcem. Ktoś powie o patologii, ale Szpila i twórczynie spektaklu wolą przypomnieć grecki źródłosłów tego określenia: cierpienie. Cierpienie kobiet.

Prawdziwy mężczyzna w „Larwach"

W myśl zaś tego, co mówi przewrotnie jedna z bohaterek, że najlepszy smak ma odważny seks z ultrakonserwatystą, który oficjalnie deklaruje „tradycyjne wartości” – dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie cztery bohaterki głosują z kolei wbrew swoim deklaracjom na prawicowca (bo się długopis omsknął itd., itp.). Wbrew doświadczeniom każdej z nich fetysz męskiego, muskularnego „prawdziwego mężczyzny” okazuje się bramą do kolejnych wpadek.

Jak by to dramatycznie nie brzmiało, uwertura tak skonstruowanego spektaklu ma przewrotnie humorystyczny wydźwięk i zwłaszcza wyznania o tajemnicy głosowania budzą śmiech. A i próba działalności gospodarczej, gdy „larwy” próbują zarabiać na sprzedaży swoich używanych majtek z niezwykle intensywnymi feromonami samicy jedwabnika morwowego (bombykol!), kiedy okaże się, że w takich majtkach znajdują upodobanie wzorowi obywatele miasta. Co czyni z Milanówka „drugą Japonią”, gdzie popyt na takie gadżety jak majtki dziewczyn od lat jest spory.

Czytaj więcej

Odnaleziono hiszpańską operę z muzyką Chopina. Zobaczymy ją też w Polsce

Generalnie oglądamy jednak kobiety na skraju załamania nerwowego, które ratuje kobieca solidarność. One marzą o tym, by córki mogły żyć normalnie, tak, jak chcą.

Najodważniejsza jest scena grana przez Karolinę Adamczyk z Teatru Powszechnego w Warszawie, kiedy bliskość erotyczna pełna jest przekroczeń granicy oddania i bólu. Bohaterka Bogumiły buzia grędy ma w sobie coś z tragicznego roztargnienia, które budzi sympatię do niej samej, zarówno u bohaterki, jak i widzów. Jest giętka i wytrzymała jak guma, którą przypomina w swoich gimnastyczno-jogowych figurach. Bohaterka Agaty Jędrzejczak ujawnia w sobie nieprzewidzianą siłę i odwagę, zaś Sylwia Boroń zaskakującą moc przetrwania w delikatności.

„Larwy" i wyjątkowa subtelność

Imponująca jest wrażliwość i subtelność bohaterek, którymi potrafią emanować nawet w sferach uważanych tradycyjnie za wulgarne. Zarówno Szpila, jak i Leończyk, pokazują nienaturalność i szantażujący charakter umów społecznych, które zawsze stawiają w negatywnym świetle osoby w hierarchii społecznej przegrane, zaś spuszczają kurtynę milczenia na wybryki „konserwatywnych liderów i autorytetów moralnych”. Ich zasady rzadko kiedy obowiązują.

To budzi u larw zrozumiały sprzeciw, którego konsekwencją jest czyn rodem z kryminału o zemście. Zaś politycznie - być może z nieodległej przyszłości, jeśli hasła takich polityków jak Norbert K. utorują drogę do władzy nie tylko w Polsce już w nadchodzących wyborach.

Kojąco działa śpiew grającej zakonnicę Kokonu Matyldy Sielskiej (mezzosopran). Jej rola jest pełna dystansu do okrutnego świata, jak piękna bajkowa opowieść, ale z czasem brzmi jak refren przypominający, w jakiej rzeczywistości żyjemy. W końcu przechodzi w ton modlitwy, która okazuje się nieskuteczna i wtedy staje się trenem. My zaś nie wiemy, kto po czekającej nas wizycie w lokalach komisji wyborczych zostanie uznany za margines społeczny, a kto będzie się pławił we władzy autorytarnej jak Norbert K. Ta niewiadoma ciąży nad całym światem jak fatum.