Korespondencja z Nowego Jorku
– Nie jestem taki, żeby wystrzeliwać atomowe rakiety w Koreę Południową, Pacyfik czy USA – zapewnił po spotkaniu w Panmundżomie przywódca z Pjongjangu Kim Dzong Un.
Jednocześnie zaprosił zagranicznych dziennikarzy i specjalistów na uroczystość zamknięcia swojego poligonu atomowego w górze Mantap, na północy kraju. Część ekspertów od razu przypomniała, że miała tam miejsce katastrofa geologiczna, która prawdopodobnie uniemożliwia jego dalsze wykorzystanie.
Tylko z prezydentem
– To, że Kim wydaje się pogodnym człowiekiem, nie znaczy, że ma dobre intencje – powiedziała Catherine Dill z Center for Nonproliferation Studies na Middlebury Institute of International Studies w Monterey.
W piątek Kim Dzong Un jako pierwszy od 70 lat północnokoreański przywódca przekroczył południową granicę swego kraju, by spotkać się z Moon Jae-inem, prezydentem Korei Południowej. Wkroczył w strefę zdemilitaryzowaną uśmiechnięty i serdeczny, nie przypominając tyrana i szefa reżimu, któremu władzę i siłę daje broń atomowa.
Po dekadach milczenia ze strony jego kraju Kim przyjął kilka miesięcy temu zaproszenie od południowego sąsiada do wzięcia udziału w zimowej olimpiadzie. Od tego momentu wydaje się wchodzić w dialog ze światem. W rozmowach z Moonem ponownie dał do zrozumienia, że jest gotowy zarzucić rozwój broni nuklearnych, ale za właściwą cenę.
Amerykański prezydent przekonany jest, że to jego działania, w tym sankcje gospodarcze, zmusiły Kima do ruszenia do stołu negocjacyjnego. „W pewnym sensie Trump ma rację, bo pokazał siłę i energię w kontaktach z Koreą Północną, jakich prezydent Barack Obama nie posiadał" – napisał „New York Times".
Jednak eksperci ds. broni nuklearnej, którzy obserwowali Kima podczas spotkania, twierdzą, że to on jest reżyserem wszystkich wydarzeń ze swoim udziałem i to on rozdaje karty. Ostrzegają, że trzeba być ostrożnym, bo Kim Dzong Un nauczył się sztuki zaskakiwania od swojego dziadka Kim Ir Sena – założyciela Korei Północnej, który w 1950 r. znienacka dokonał najazdu na Południe.
„Piątkowe spotkanie przywódców Korei spełniło swoją funkcję, czyli przygotowało grunt pod kolejne, tym razem między Kim Dzong Unem a Donaldem Trupem" – stwierdza jednak „NYT", dodając, że to drugie będzie jedynym momentem, w którym może zostać wynegocjowane porozumienie atomowe.
„Do czegoś takiego dochodzi tylko w obecności amerykańskiego prezydenta" – uważa gazeta.
Co w zamian
Pytanie, czy Kim naprawdę jest gotowy pójść na kompromis, czy – tak jak przypuszcza większość ekspertów – stara się pozyskać środki na rozwój gospodarczy kraju, ale nadal będzie utrzymywał arsenał, który dał jego rodzinie tyle władzy.
Eksperci z Południa również zwracają uwagę na to, że Kim chce coś w zamian. „Chce Trump Tower i McDonaldów w swoim kraju" – powiedział specjalny doradca południowokoreańskiego prezydenta Moon Chung-in. Sceptycy nie wierzą jednak, że Kim pozbędzie się broni atomowej. Do nich zalicza się nowy sekretarz stanu Mike Pompeo, który na początku kwietnia potajemnie złożył wizytę w Pjongjangu. Rok temu powiedział, że „jedyny sposób na Koreę Północną to oddzielić Kima od broni", co wielu wzięło za sugestię zmiany reżimu w tym kraju. „Na przestrzeni dziesiątków lat od Korei Północnej słyszeliśmy wiele obietnic. Były nadzieje, które potem spełzły na niczym" – przypomniał Pompeo. Stwierdził jednak, że tym razem Kim wydaje się być gotów do negocjacji. „Miałem wrażenie, że poważnie do tego podchodzi" – powiedział. „Presja gospodarcza świata zachodniego pod przywództwem prezydenta Trumpa dała mu do zrozumienia, że w jego interesie jest zasiąść do negocjacji i porozmawiać o rozbrojeniu" – twierdził Pompeo.
Analitycy ostrzegają, że jak już do tego dojdzie, Korea Północna będzie starała się zwieść Stany Zjednoczone w stronę rozmów o redukcji uzbrojenia. Donald Trump od jakiegoś czasu powtarza, że „rozwiąże problem Korei Północnej raz a dobrze". Teraz, po spotkaniu przywódców Półwyspu Koreańskiego, będzie musiał pokazać jak. Aby stanąć na wysokości zadania, będzie musiał stworzyć proces rozbrojenia, usunięcia uranu oraz bomby plutonowej oraz skonstruować skomplikowany program weryfikacji.
Porozumienie Korei z Koreą
Podczas spotkania w Panmundżomie przywódcy obu krajów podpisali deklarację, w której określili, co chcą dalej robić, m.in.:
- zakończyć „wrogą działalność na Półwyspie na lądzie, morzu i w powietrzu przeciw sobie nawzajem".
- doprowadzić do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.
Kim Dzong Un nie domagał się w zamian wycofania amerykańskich wojsk z Południa, nie ma też takiego zapisu w deklaracji.
- często prowadzić spotkania wojskowych obu stron.
- „wspólnie pracować nad ograniczeniem zbrojeń" na Półwyspie.
- stworzyć „morze pokoju z Northern Limit Line, zapobiegać starciom zbrojnym, umożliwić normalne rybołówstwo".
NLL to linia demarkacyjna na zachodnim wybrzeżu Półwyspu, dzieląca Morzu Żółte. Jednostronnie wyznaczona przez wojska ONZ, Północ jej nie uznała.
- „aktywnie przygotowywać trzystronne rozmowy (dwa państwa koreańskie plus USA) lub czterostronne (dodatkowo Chiny), by doprowadzić do zakończenia wojny i zamiany zawieszenia broni na traktat pokojowy";
Nieoficjalnie obiecano podpisanie traktatu do końca roku.
- doprowadzić jesienią do wizyty prezydenta Moon Jae-ina w Pjongjangu