„Europa, która chroni" – to hasło austriackiej prezydencji. I choć kanclerz Sebastian Kurz mówi, że ochronę rozumie też jako budowanie konkurencyjnej gospodarki, to wiadomo, że przede wszystkim chodzi mu o granice i zatrzymanie napływu imigrantów.
– Naszym największym priorytetem musi być ochrona Europejczyków – powiedział Kurz w czasie wystąpienia w Parlamencie Europejskim w Strasburgu. Przekonywał, że nastąpiła zmiana i teraz dla UE kluczowa jest ochrona granic zewnętrznych jako warunek wstępny zachowania Europy bez granic wewnętrznych. – Udało mi się doprowadzić do zmiany nastawienia UE w ciągu ostatnich sześciu miesięcy – powiedział Austriak.
Kurz, po myśli Polski, jest przeciwny pomysłowi obowiązkowych kwot uchodźców, ale w UE to już właściwie powszechny pogląd. Przed nim staje jednak trudne zadanie, w jaki sposób ogólne postanowienia z ostatniego szczytu UE zamienić na konkrety.
Przywódcy postanowili tworzyć centra, w których imigranci czekaliby na rozpatrzenie wniosków azylowych. Nie wiadomo jednak, gdzie one mają powstać. Jeśli poza UE, to w jakich krajach? Jak zapewnić, żeby w obozach tworzonych np. w Libii czy w głębi Nigru panowały humanitarne warunki? Według jakiego klucza będą rozdzielani ci imigranci, którzy dostaną status uchodźców?
Czytaj także: Wiedeński walc Władimira Putina
Rządząca w Austrii koalicja ma barwy czarno-niebieskie, takie same jak w 2000 roku: składa się z centroprawicowej Austriackiej Partii Ludowej oraz skrajnie prawicowej Wolnościowej Partii Austrii. Osiemnaście lat temu taki rząd UE objęła bojkotem dyplomatycznym. Jean-Claude Juncker, dziś przewodniczący Komisji Europejskiej, a wtedy premier Luksemburga, uważa, że są to sytuacje nieporównywalne. – Program tego rządu jest proeuropejski. Wtedy mieliśmy obawy – tłumaczył. Przyczyna jest jednak jeszcze inna. Izolowanie Austrii nic nie dało i dziś takie postępowanie wobec jakiegokolwiek rządu UE nie jest brane pod uwagę.
Widać to na przykładzie Polski, wobec której uruchamia się różnego rodzaju procedury w obronie praworządności. Ale nikt poważnie nie myśli o bojkotowaniu rządu w Warszawie.
Zresztą Austria na czele prezydencji będzie musiała się zmierzyć również z tym problemem. Po Bułgarii przejęła prowadzenie Rady ds. Ogólnych, czyli zgromadzenia unijnych ministrów ds. europejskich, którzy w czerwcu wysłuchali Polski. Austria musi zdecydować, co dalej. Biorąc pod uwagę kolory austriackiej koalicji oraz publicznie wyrażaną przez kanclerza niechęć do poszerzania kompetencji UE, wydaje się mało prawdopodobne, żeby w procedurze wobec Polski nastąpiło jakieś przyspieszenie.
Są jednak dwie dziedziny, w których interesy obu państw są rozbieżne. To budowa gazociągu Nord Stream 2, którego udziałowcem jest austriacki koncern OMV. Kurz zapewnił o poparciu dla tej inwestycji w lutym w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Według oczekiwań dyplomatów Austria będzie kontynuować taktykę Bułgarii przedłużania prac nad unijną dyrektywą, która ma uczynić to przedsięwzięcie nieopłacalnym. A im później, tym gorzej, bo inwestycja już jest realizowana.
Drugą ważną dla Polski sprawą jest traktowanie kierowców w transporcie międzynarodowym jak pracowników delegowanych. Wiedeń, w przeciwieństwie do Warszawy, jest za jak najbardziej restrykcyjnymi przepisami. I znów jako prezydencja będzie miał możliwość spowalniania prac nad nowymi przepisami. A to niekorzystne, bo w obecnej sytuacji prawnej nie ma jasnej definicji kierowców, co powoduje, że państwa członkowskie na własną rękę wprowadzają dla nich ograniczenia. ©?
—Anna Słojewska ze Strasburga