Plakaty z hasłem „#spłaszczmykrzywą" zawisły na przystankach autobusowych już miesiąc temu, czyli na początku ogłoszonej przez belgijski rząd izolacji socjalnej. Krzywa uległa spłaszczeniu już dziesięć dni temu, co oznacza, że codziennie do szpitala przyjmowanych jest coraz mniej chorych.

W czwartek po raz pierwszy liczba łóżek na intensywnej terapii zajętych przez chorych na koronawirusa spadła poniżej 1200. To jest około połowy wszystkich przygotowanych na czas epidemii. Zresztą ten drugi wskaźnik nigdy nie był wyższy niż 60 proc. dostępnych łóżek i nie było mowy o takim przeciążeniu, z jakim borykały się Włochy, Hiszpania, Francja czy teraz USA.

Zadowolenia jednak nie widać, bo Belgia przoduje w innych dramatycznych statystykach – liczbie zgonów.

Tuż za Włochami

Do tej pory zanotowano 4857 zgonów, co w przeliczeniu na liczbę mieszkańców plasuje ten kraj tuż za Włochami w tym smutnym zestawieniu.

Za liczbami kryją się dwa istotne zjawiska. Po pierwsze, kwestia metody. Belgia w przeciwieństwie do innych krajów do ofiar koronawirusa wlicza również zmarłych w domach opieki dla starszych ludzi, a nie tylko tych w szpitalach. Mimo że nie ma 100-procentowej pewności, jaka była przyczyna ich śmierci, wystarczy, że mieli objawy podobne do Covid-19.

– Konieczne jest uwzględnianie również przypadków podejrzanych, szczególnie w sytuacji, gdy zrobienie takich testów jest bardzo trudne – uważa Emmanuel Andre, epidemiolog przedstawiający codziennie oficjalne nowe dane o pandemii. Znacznie to jednak utrudnia porównanie z innymi krajami. Bo obecnie już ponad połowa ofiar to właśnie te niepotwierdzone przypadki z domów opieki. Słychać jednak ze strony polityków i publicystów apele, żeby tego nie robić, bo opinia publiczna nie wchodzi w takie niuanse, tylko porównuje kraje między sobą. Przodują w tym media flamandzkie, a publicysta dziennika „Het Laatste Nieuws" podejście belgijskie nazywa „naiwnym" i prognozuje, że niedługo światowe media będą mówić o „belgijskim koszmarze".

Ale nawet jeśli ta metodologia nie uprawnia do umieszczanie Belgii w czołówce dramatycznego zestawienia i nieco zawyża liczbę zgonów, to jednak oddaje grozę sytuacji, z którą być może mierzą się też inne kraje.

Prawdziwy dramat tej pandemii rozgrywa się nie w szpitalach, gdzie o życie chorych walczą lekarze i pielęgniarki wyposażeni w środki ochronne i profesjonalny sprzęt, ale w domach spokojnej starości i w domach opieki.

– Byliśmy domami życia, jesteśmy domami śmierci – smutno konstatuje pracownik jednego z nich na łamach dziennika „Le Soir".

Codziennie z tych miejsc przychodzą dramatyczne informacje i nie ma już znaczenia fakt, że kilka tygodni temu wstrzymano wizyty. Bo wirusa roznoszą między piętrami, między pokojami pensjonariusze tych ośrodków, a przede wszystkim personel. Wobec deficytu środków ochronnych najpierw wyposażone zostają szpitale, a domy opieki muszą radzić sobie same.

Nie mają profesjonalnych masek czy kombinezonów, no i nie mają też testów. W takich miejscach trudno kompletnie izolować chorych, zresztą – jak opowiada szef jednej z takich placówek – nie można nawet zamknąć piętra, bo chorzy są na wszystkich poziomach.

Dlaczego?

Pandemia jeszcze trwa, ale – jak wszędzie – już pojawiają się pytania, co można było zrobić lepiej. Czy dramatyczne doniesienia z Włoch, gdzie rzekomo lekarze musieli decydować, kogo położyć pod respiratorem, a kogo skazać od razu na śmierć, nie doprowadziły do niezapisanej nigdzie praktyki zniechęcania domów opieki do wysyłania starszych osłabionych ludzi do szpitala?

W przekonaniu, że i tak nie ma dla nich ratunku? I dlaczego służba zdrowia i sektor opieki nie były lepiej przygotowane na pandemię? Czy dlatego, że przez ostatnie kilkanaście miesięcy Belgia miała rząd pełniący obowiązki, którego zaprzysiężeni z prawem do podejmowania nadzwyczajnych środków nastąpiło dopiero 16 marca?