Przed tą debatą John McCain liczył na cud, ale cud się nie wydarzył. Niebiosa nie rozstąpiły się i nie zesłały mu nadludzkiego daru przekonywania wyborców. Nie zesłały też nagłego zaćmienia umysłu na jego rywala.
Tak jak w poprzednich debatach Obama zachowywał pełen spokój, jakby nie uczestniczył w walce o prezydenturę, lecz w dyskusji ze studentami. Był niezwykle ostrożny i powściągliwy w reakcjach, momentami wręcz bezbarwny. Ale wyglądał, zachowywał się i mówił „po prezydencku”. Niczego więcej nie potrzebował, niczego nie musiał udowadniać. Mając wszystkie atuty po swojej stronie, nie podejmował zbędnego ryzyka. Rzeczowo, ze szczegółami, omawiał swój program ubezpieczeń zdrowotnych i reformy edukacji.
Bez zacietrzewienia odpowiadał również na ataki republikańskiego rywala.To McCain musiał coś zrobić, by odmienić losy tej kampanii. Miał parę naprawdę dobrych momentów, jak wtedy, gdy skarcił Obamę za ciągłe porównywanie go do George’a W. Busha.
Dobrze wyszło też McCai-nowi nakreślenie zasadniczej różnicy między nim, konserwatystą, a liberałem Obamą.
Ale McCain nie zadał Obamie potężnego ciosu. Próbował wracać do sprawy lewicowego terrorysty Ayersa i oszustw dokonywanych w ramach akcji rejestrowania wyborców przez liberalną organizację ACORN, ale robił to bez przekonania. O czarnym pastorze Jeremiahu Wrighcie, którego wypowiedzi bulwersują miliony białych w całym kraju, a który przez 20 lat był duchowym mentorem Obamy, nie wspomniał ani słowem. Była to decyzja szlachetna (po co nakręcać spiralę rasowej nienawiści), ale też brzemienna w skutki, bo McCain pozbawił się tym samym być może najsilniejszego argumentu przeciw Obamie.