– Będę tylko drobiną w tym tłumie, ale jestem pewna: to jedna z najważniejszych chwil w moim życiu – mówi 25-letnia Jennilou Jones, która przyjechała z dalekiej Karoliny Południowej, by dziś uczestniczyć w ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta na słynnym Mallu.
To szeroki na 300 metrów i długi na 3 km pas zieleni, który rozciąga się od zachodnich schodów Kapitolu aż po pomnik Abrahama Lincolna nad Potomakiem. W niedzielę podczas koncertu otwierającego uroczystości inauguracyjne wypełnił się w jednej trzeciej. Dziś wypełni się cały – władze miasta mówią nawet o dwóch milionach przybyszy.
Już od weekendu Waszyngton przypomina oblężone miasto. Część centrum jest zamknięta dla ruchu. Sprowadzone specjalnie na tę okazję wojsko patroluje ulice w pokrytych kamuflażem wozach Humvee. Na dachach fotele komentatorów telewizyjnych sąsiadują ze stanowiskami snajperów i agentów Secret Service, którzy nadzorować będą bezpieczeństwo prezydenta podczas dzisiejszej przysięgi i parady.
Na stacjach metra długie kolejki przyjezdnych, którzy nie znają miasta, nie wiedzą, jak się po nim poruszać i blokują dostęp do automatów z biletami. Mimo przenikliwego zimna i pochmurnego nieba tabuny ludzi z najodleglejszych zakątków kraju, w puchowych kurtkach i szalikach na twarzach, szwendały się po centrum, obserwując przygotowania do fety. Uliczni handlarze sprzedawali plakaty, znaczki, podkoszulki, czapki z podobizną i nazwiskiem nowego, 44. prezydenta USA.
Obama jest na ustach wszystkich. – Nigdy nie było w naszej historii przywódcy, który wywierałby taki moralny i kulturowy wpływ jak Obama jeszcze przed objęciem urzędu. To bez precedensu – twierdzi w rozmowie z „Rz” amerykański politolog i publicysta Peter Beinart.