Komuniści czechosłowaccy ciągle liczyli, że zmiany da się zakończyć paroma przesunięciami na szczycie władzy. W piątek 24 listopada na pożarcie rzucono szefa KPCz Milosa Jakesza, którego zastępuje rzekomy reformator Karel Urbanek. Ale już komunistyczny premier Ladislav Adamec kurczowo trzyma się stołka, ogłaszając, że rząd kierować się będzie od tej chwili wyłącznie pragmatyzmem. Havel czuje, że aksamitna rewolucja zaczyna dreptać w miejscu i potrzebuje strajku generalnego, aby pokazać władzy poparcie ulicy. Do Pragi przyjeżdżam z Jackiem Kurskim. Obaj jesteśmy dziennikarzami solidarnościowego „Tygodnika Gdańskiego”. Na dnie torby wieziemy duży transparent z napisem „Solidarność”. Na granicy w Międzylesiu ponure miny czechosłowackich pograniczników uświadamiają nam, że tu panuje jeszcze epoka głębokiego Husaka. Na szczęście legitymujemy się paszportami służbowymi, które przyznał nam „Tygodnik”. Czeskim ponurakom ze Straży Granicznej najwyraźniej nie mieści się w głowie, że służbowy paszport mógł dostać ktoś spoza aparatu władzy, więc łaskawie nie grzebią nam w klamotach.

Rano przyjeżdżamy na dworzec i natychmiast kierujemy się na Vaclavskie Namesti. Po drodze widzimy, że to zupełnie inne miasto. Ulice wytapetowane są plakatami opozycji i portretami przedwojennego prezydenta Masaryka. Na placu trwa jeden permanentny wiec o zmieniającej się niezależnie od pory dnia frekwencji. Od kilku do ponad 100 tysięcy ludzi. Mikrofon przy pomniku św. Wacława otwarty jest dla wszystkich. Kto ma talent, może zostać trybunem ludowym.

Przepychamy się z Jackiem w kierunku pomnika, chcąc wręczyć transparent, ale ku naszemu rozczarowaniu studenci nie mają zamiaru wieszać naszej flagi. „Nie chcemy, by władze mogły ogłaszać, że nasza rewolucja inspirowana jest z zewnątrz” – tłumaczą łagodnie, widząc nasze zmartwione miny. A więc tak wygląda czeska rewolucja.

Szybko z plakatów dowiadujemy się, jaka jest gradacja popularności jej liderów. Oczywiście numer jeden to Vaclav Havel, ale jego popularność to wynik objęcia kierownictwa rewolucji przez studentów praskich szkół. Dla starszego pokolenia znacznie lepiej znanym symbolem jest Aleksander Dubczek. Młodzi nie występują przeciwko niemu wprost, ale też szepcą między sobą, że były szef partii skompromitował się po wejściu Rosjan i dziś może być co najwyżej szacownym symbolem, ale nie liderem ruchu rewolucyjnego. Jest jeszcze Valter Komarek, lansowany jako cudotwórca, który wyciągnie z kryzysu czeską gospodarkę. Gdy słyszymy, że z całą powagą informuje się, że był doradcą gospodarczym Fidela Castro, parskamy śmiechem. Czesi patrzą na nas surowym wzrokiem, ale nasze kpiny okazały się słuszne – nie minął rok, a Komarek odszedł z rządu i już nigdy niczym ciekawym nie zabłysnął.

W południe zaczyna się strajk. Znana piosenkarka Hana Zagorova intonuje hymn narodowy, a tłum po odśpiewaniu pieśni zaczyna masowe skandowanie – Havel, Havel i Svobodu. Po chwili dziesiątki tysięcy zebranych wyjmują z kieszeni kluczyki od samochodów i zaczynają nimi dzwonić. Te klucze po latach będą symbolem tej rewolucji. Ale już wytłumaczenia, co on znaczył, bywają różne. Wtedy na Vaclaviaku opowiadano nam, że to symbol zerwania z małą stabilizacją, której symbolem była własna skoda.

Na placu jest ok. 50 tysięcy ludzi, ale szybko dowiadujemy się, że stanęły zakłady niemal w całej Pradze. Bardzo charakterystyczne są obawy mające swą genezę w latach, gdy Czechów straszono solidarnościową rewolucją. W telewizji widać dyrektorów strajkujących zakładów, którzy czując nowe czasy, deklarują, że protest ich załóg jest poparciem dla demokratyzacji, ale oczywiście te dwie godziny jak najszybciej odpracują, aby nie zrujnować gospodarki.

Prosto z placu pędzimy na ulicę Jungmanową, gdzie w Teatrze Laterna Magica trwa już konferencja prasowa liderów forum obywatelskiego. Havel ogłasza, że dwie trzecie Czechów i Słowaków wzięło udział w strajku. Jak on sobie to wyliczył, zachodzę w głowę. Ale rewolucyjna solidarność każe mi jeszcze przymykać oko na takie wątpliwości.

Wracamy na Vaclavskie Namesti, na którym dziesiątki tysięcy ludzie nie chcą się rozejść. O tym, że komunizm naprawdę już upadł, świadczy duża liczba 50-latków w niemodnych ortalionach, jakby żywcem wyjętych z filmów o rodzinie Homolków. Można mieć wrażenie, że w momencie zgniecenia Praskiej Wiosny ci ludzie uznali, że trzeba sobie dać na wstrzymanie. A teraz, uznawszy, że historia wchodzi w nową, wolnościową fazę, z absolutnym spokojem wracają do przerwanego 20 lat temu wiecu. Bo po prostu teraz już wolno. Chodzi mi po głowie, że ich dziadkowie w 1918 roku z podobną flegmą zmieniali na służbowych czapkach austriackie bączki na czeskie lwy, także bez emocji przyjmując, że teraz już wolno.

Nim minie tydzień, powstanie pierwszy rząd, do którego wejdą przedstawiciele opozycji. Nim skończy się rok, prezydentem będzie Vaclav Havel.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ