O 8.42 na ulicy Moskiewskiej w Kizlarze w pobliżu siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa i szkoły w powietrze wyleciała niwa – kierowca zdetonował bombę, gdy podjechał do niego milicyjny samochód. Zginęli również dwaj funkcjonariusze i kobieta, która przypadkowo znalazła się w tym miejscu. Kolejny wybuch nastąpił kilkanaście minut później. Przebrany za milicjanta zamachowiec-samobójca zdetonował ładunek wśród ratowników i funkcjonariuszy. Liczba ofiar wzrosła do 12, rannych jest 27 osób. Miejscowe służby bezpieczeństwa twierdzą, że drugim zamachowcem był mieszkaniec Kizlaru Daud Dżabraiłow.
W Moskwie natychmiast połączono wczorajsze zamachy z poniedziałkowymi w jeden wątek. – Nie wykluczam, że byli to ci sami bandyci – oświadczył premier Władimir Putin. Prezydent Dmitrij Miedwiediew zaś stwierdził, że „to ogniwa tego samego łańcucha, przejawy aktywności terrorystów, którzy w ostatnim czasie znów zaczęli dawać o sobie znać na Kaukazie, z którymi walczymy i będziemy walczyć”. – Te wnioski mogą być przedwczesne. Zamachy na Kaukazie są częste. Nie można przesądzać, że to ci sami ludzie – mówił Nikołaj Pietrow z ośrodka Carnegie.
Ubiegły rok był na Kaukazie Północnym rekordowy. Wyparci z Czeczenii przez Ramzana Kadyrowa rebelianci przenieśli się do Inguszetii i Dagestanu. Atakowali przedstawicieli władz, milicję, lokalne służby bezpieczeństwa, ale w partyzanckich zamachach ciągle ginęli cywile. Rebelia nie gaśnie, a brutalne akcje służb specjalnych tylko rozjuszają partyzantów.
Julia Łatynina, która od dawna śledzi sytuację na Kaukazie, nie ma wątpliwości, że za zamachami rzeczywiście stoją islamiści. – Już nie mają barw narodowych, pochodzą z różnych republik. Co do tego, że za wybuchami stoi Emirat Kaukaski, nie mam wątpliwości. Ale trudno jest ocenić, czy organizator był ten sam – mówi „Rz”.
[srodtytul]Z polecenia Doku? [/srodtytul]