Statek służący do kładzenia rurociągów na dnie morza nosi nazwę "Pieter Schelte" na cześć ojca jego właściciela Edwarda Heeremy. Pełne imię i nazwisko jego ojca to Pieter Schelte Heerema.
Statek wpłynął kilkanaście dni temu do portu w Rotterdamie. Został zbudowaną przez szwajcarską firmę, a będzie pracował dla koncernów gazowych na Morzu Północnym. Jego właściciel twierdzi, że to największy statek świata, jednak zdania w tej sprawie są podzielone. "Pieter Schelte" ma wyporność 403 tys. 342 ton, długość 382 m i szerokość 120 m.
Większe kontrowersje budzi jednak jego nazwa i to już od czasu, gdy 10 lat temu zaczęła się jego konstrukcja.
Pieter Schelte Heerema był Holendrem, którego wybuch II wojny światowej zastał w Wenezueli, ale który przed wojną należał do niewielkiej holenderskiej partii nazistowskiej. Schelte wrócił do kraju już po zajęciu go przez Niemców i wstąpił do SS. Jako oficer SS walczył na froncie wschodnim, potem został oddelegowany do pracy w firmach należących do SS. Według niepełnych ustaleń brytyjskich historyków Schelte organizował dostawy robotników przymusowych m.in. z okupowanej Europy Środkowej i Wschodniej.
W 1943 r. Schelte porzucił, jak twierdził, SS i uciekł do Szwajcarii, gdzie został internowany do końca wojny, a potem postawiony i skazany za zbrodnie wojenne w SS. Po wyjściu z więzienia wyjechał do Wenezueli, a do Holandii wrócił w latach 60. Resztę życia spędził jako szanowany inżynier i specjalista od budów przemysłowych.