Korespondencja z Londynu
Każdego dnia nad Tamizą przeprowadzone są transakcje walutowe warte bilion i więcej dolarów. Ale w czwartek wieczorem spodziewano się, że w najbliższych godzinach ta kwota zostanie zwielokrotniona. Około północy miały pojawić się wyniki referendum z pierwszych okręgów, a między trzecią a czwartą nad ranem – rezultaty z około połowy kraju. Ogłoszenie końcowych wyników planowano na siódmą rano.
Te pierwsze nocne sygnały skłonią maklerów albo do grania na mocny wzrost kursu w przypadku pozostania Wielkiej Brytanii w Unii, albo na spadek do notowań, jakich ta waluta nie doświadczyła od 30 lat.
Oczekiwanie na rekordowe obroty
– Będą wówczas decydowały sekundy. Kto okaże się szybszy, zyska miliony – mówi Tony Cross, makler z Trustnet Direct, jednej z wielu firm specjalizujących się w transakcjach walutowych nad Tamizą.
Ruch może być tak duży, że Bank Anglii obawia się paraliżu systemu. W takim przypadku ma przejąć bezpośrednio odpowiedzialność za transakcje – ma do tego gotowy program. Rynek forexu, jako jedyny, działa bez przerwy, 24 godziny na dobę.
W czwartek do bezsennej nocy szykowali się także maklerzy giełdowi. Tu także zmiana notowań może być bardzo gwałtowna. Szwajcarski UBS spodziewa się, że indeks giełdy w Londynie FTSE 100 straci od 12 do 19 proc. w razie decyzji o wyjściu z Unii, a zyska 7 proc., gdy Brytyjczycy postanowią pozostać we Wspólnocie. Co prawda giełda w Londynie zaczyna działać dopiero od ósmej rano, ale w chwili, gdy między czwartą a piątą nad ranem oświadczenie w sprawie referendum złoży premier David Cameron, notowania będą trwały na giełdach azjatyckich.
Pizza i śpiwory dla maklerów
– Spodziewamy się większych obrotów niż w 1992 r., gdy funt opuścił europejski system walutowy, i większych niż rok temu, gdy Szwajcaria zrezygnowała ze sztywnego powiązania franka z euro. To może być rekord obrotów – mówi Cross.
J.P. Morgan i wiele innych banków ściągnęło do Londynu posiłki – maklerów z innych części świata, w tym Nowego Jorku i Tokio. W mieście trudno więc o miejsca w hotelach. Z kolei RBS sprowadził dla pracowników śpiwory, a także pizzę i sushi. Wszystko, byle byli pod ręką.
Szansa także dla Warszawy?
Ale ta noc zdecyduje nie tylko o funduszach klientów banków z City, rozstrzygnie także o losach samych banków. W razie Brexitu personel w londyńskich oddziałach może zostać zredukowany o około jedną trzecią, bo brytyjskie banki stracą tzw. paszport, czyli możliwość świadczenia usług na unijnym rynku.
J.P. Morgan już zapowiedział, że w takim przypadku zwolni około 4 tysięcy pracowników, inne banki też pójdą tym śladem. Na razie nie wiadomo, czy i w jakim ośrodku na kontynencie mogliby znaleźć pracę – do walki o schedę po Londynie ustawiają się m.in. Frankfurt, Paryż, Dublin, Rotterdam, a także w jakiejś części Warszawa.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora, j.bielecki@rp.pl