W wieku 78 lat zmarł Larry Flynt, założyciel magazynu "Hustler" i twórca imperium pornograficznego. Przypominamy rozmowę z lutego 2018.

Rzeczpospolita: Jak ocenia pan Donalda Trumpa jako prezydenta?

Larry Flynt: Jest po prostu niekompetentny.

To dlatego opublikował pan w “The Washington Post” całostronicowe ogłoszenie, w którym zaoferował pan 10 milionów dolarów za informacje, które doprowadzą do usunięcia go ze stanowiska?

Zawsze szukamy brudów. Większość polityków ma sporo za uszami, ale w przypadku Trumpa wydaje się to nie mieć wpływu na jego notowania. Zupełnie jakby był teflonowy.

Już wcześniej stosował pan finansowe zachęty, by zdobyć materiały na temat innych polityków, m.in. Mitta Romneya…

Od czterech dekad demaskujemy ciemne sprawki polityków. Z dobrym skutkiem.

Ale po co? Jest pan królem wydawnictw erotycznych, a nie politycznych.

Nie ma nic sobie bliższego niż polityka i porno. Konserwatywni politycy zawsze lubili zaglądać obywatelom pod kołdrę, pilnować czystości umysłów, zamiast dbać o czystość ulic. A sami… szkoda słów.
 
Zionie pan niechęcią wobec konserwatystów, nie tylko polityków. To dlatego już w 1983 roku wydawany przez pana „Hustler” opublikował parodię reklamy Campari, w której w fikcyjnym wywiadzie pastor Jerry Falwell przyznaje, że jego „pierwszy raz” odbył się w wychodku z własną matką?
 
Falwell był po prostu bufonem, z którego postanowiłem zadrwić.
 
A on postanowił pozwać pana do sądu.

 Już wcześniej byłem ciągany po sądach w całym kraju, głównie w sprawie publikowania obscenicznych materiałów i Pierwszej Poprawki do Konstytucji
 
Co ten niesmaczny żart z Falwella ma wspólnego z gwarantującą swobodę wypowiedzi Pierwszą Poprawką?
 
Okazało się, że bardzo dużo. Od początku naszej państwowości polityczna satyra i parodia nie były w Stanach Zjednoczonych chronione Pierwszą Poprawką. Moja batalia sądowa z Falwellem stała się bodaj najsłynniejszym procesem o wolność słowa, bo to się zmieniło. Sprawa zaszła aż do Sądu Najwyższego, a ten swoim jednogłośnym orzeczeniem sprawił, że dziennikarze, rysownicy i satyrycy zyskali nieznaną dotąd swobodę wypowiedzi. Ale to nie ja wybrałem rolę wojownika o wolność słowa, tylko się broniłem.

 A jak pan definiuje wolność słowa?
 
Po pierwsze wolność słowa nie jest bezkosztowa. Wszystko ma swoją cenę, a ceną za wolność słowa jest tolerancja. Żeby samemu mieć wolność, trzeba nauczyć się znosić rzeczy, które niekoniecznie nam się podobają.

Pan tę cenę zapłacił w 1978 roku, kiedy został pan postrzelony tuż po opuszczeniu sali sądowej w Georgii? Do dziś jeździ pan na wózku inwalidzkim.

To zrobił jakiś opętany religią szaleniec. Zawsze, kiedy stajesz się ważną postacią, zaczynasz kogoś uwierać, ktoś nie może się pogodzić z głoszonymi przez ciebie poglądami. I czasami próbuje zabijać tych, którzy krzyczą najgłośniej.

Głośno sprzeciwiał się pan jednak także wykonaniu wyroku śmierci, gdy trzy lata temu Josepha Paula Franklina, który do pana strzelał, stracono za inne przestępstwo.

Szczerze mówiąc staram się o nim zbyt wiele nie myśleć, nigdy się z nim nie kontaktowałem, ale po prostu zawsze uważałem, że egzekucja to nie wymierzenie sprawiedliwości, tylko czysta zemsta.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

W jakim stopniu film biograficzny ”Skandalista Larry Flynt” w reżyserii Miloša Formana przedstawia prawdziwą historię?

No cóż, to nie dokument, ale mniej więcej oddaje prawdę. Stemplem jakości jest choćby fakt, że – na prośbę Miloša - zagrałem w tym filmie. Wcieliłem się w sędziego, który niegdyś mnie skazał. Wrył mi się w pamięć jego styl bycia i zachowania w sądzie; wydaje mi się, że - jak na naturszczyka - odtworzyłem je wiernie.

Rozmawiał Paweł Szaniawski