Boniface jest dziś dumny, bo ma na sobie dżinsy z amerykańskich darów. Kiedy pytam, o czym marzy, 12-letni pastuszek nie waha się ani chwili: – Chciałbym żyć w Ameryce, tam jest super. Tam jest Obama!
A tu, na wsi? Tu jest bieda, busz i stado kóz, którym opiekuje się razem z najlepszym kumplem. Dał mu w dowód przyjaźni drogocenny prezent. Boniface wskazuje na głowę kolegi. Zdobi ją kolorowa opaska z napisem „Obama”. Obaj są sierotami, stracili domy w zamieszkach przed rokiem. Ich wyobrażenie o Ameryce sprowadza się do zawartości paczek przysyłanych przez organizacje charytatywne i coca-coli sprzedawanej w sklepie, którego ścianę także zdobi kalendarz z Obamą.
[srodtytul]Narodowy uniform[/srodtytul]
W Nairobi nowy amerykański prezydent, którego ojciec był Kenijczykiem, jest wszechobecny. Okładki gazet z jego zdjęciami leżą na chodnikach jak dywany, kioskarze oferują też zbiory przemówień, broszury, zachowali nawet stare wydanie miesięcznika „New African” ze szczegółową biografią polityka. Z uwagi na utrzymujący się popyt cena magazynu została bez zmian.
Obama spogląda na przechodniów z okien wystawowych – księgarnie promują „Odwagę nadziei”, sklepy oferują zdobione jego wizerunkiem czapki, koszulki i kangi, czyli tradycyjne kenijskie chusty. – To nasz nowy narodowy uniform – śmieje się mężczyzna, który przyszedł z żoną na spacer do parku Uhuru. W jego centrum swój interes rozłożył Charles. Drewniana skrzynia jest wypchana zdjęciami czarnoskórego polityka – z rodziną, solo, w garniturze i na sportowo. Najlepiej sprzedaje się to na tle amerykańskiej flagi. Ludzie oprawiają je w ramki i wieszają w domach. – W dniu wyborów rozeszło się 4,5 tysiąca fotografii. Każda kosztowała półtora dolara. Teraz sprzedaję 40 dziennie, ale to wciąż dobry biznes.