Przez lata Szwajcaria stała otworem dla imigrantów i dzisiaj ma już proporcjonalnie więcej cudzoziemców niż jakikolwiek kraj w Europie. Jedna czwarta mieszkańców 8-milionowego kraju to imigranci. To może się wkrótce zmienić. Zdaniem populistycznej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP) granice kraju trzeba przymknąć. Doprowadziła do referendum w najbliższą niedzielę w sprawie zatrzymania „masowej imigracji".
Z sondaży wynika jednak, że nieznaczna większość Szwajcarów (53 proc.) jest przeciwna wprowadzaniu ograniczeń. – Na tej podstawie nie można przesądzić jednak wyniku – tłumaczy „Rz" Patrik Schellenbauer z genewskiego think tanku Avenir. Wygrana populistów z SVP oznaczałaby, że zostaną wprowadzone kwoty imigracyjne, jak już bywało w przeszłości. Granice górskiego kraju nie zostaną więc szczelnie zamknięte. Ale i tak kłóciłoby się to z zawartymi z Unią Europejską porozumieniami o swobodnym przepływie osób. A to oznacza, że Szwajcaria musiałaby opuścić strefę Schengen.
To kłopot dla Szwajcarów, którzy musieliby wprowadzić nie tylko kontrole na granicach, ale też trudniej byłoby im podróżować po Europie. „Grozi nam swego rodzaju kryzys w wyborze celów politycznych, jak po odrzuceniu w referendum w 1992 roku porozumienia o członkostwie w UE" – pisał wczoraj „Neue Zürcher Zeitung".
Wielu Szwajcarów ma jednak dość imigrantów. Jedynie w roku ubiegłym przybyło ich 80 tys. W zdecydowanej większości z krajów unijnych. W regionie Zurychu co trzeci mieszkaniec jest cudzoziemcem, najczęściej Niemcem. W całym kraju mieszka już ich prawie 300 tys. Można odnieść wrażenie, że to na nich bardziej niż na innych grupach etnicznych koncentruje się niezadowolenie Szwajcarów. I to od dawna.
– Ilu Niemców wytrzyma Szwajcaria? – pytał kilka lat temu tabloid „Blick". Poważny niemiecki magazyn „Cicero" jest zdania, że nie ma w Europie kraju bardziej negatywnie nastawionego do Niemiec. Z jednej z niedawnych ankiet, wprawdzie mało reprezentatywnej, wynika, że 42 proc. Niemców spotyka się w miejscu pracy z uprzedzeniami i antyniemieckimi stereotypami. Przy tym Niemcy nie mają problemów językowych.
Czy oznacza to, że Szwajcarzy są rasistami lub ksenofobami ? – Nie można porównywać Szwajcarii pod tym względem z innymi krajami, gdyż ze względu na wysoki odsetek cudzoziemców inaczej przebiegają u nas procesy społeczne – tłumaczy Patrik Schellenbauer.
Jego zdaniem nawet wygrane przez populistów referendum nie doprowadzi do natychmiastowych problemów z UE. Referendum uprawomocni się po sześciu miesiącach, a rząd będzie miał co najmniej trzy lata na wynegocjowanie nowego porozumienia z UE. Pod warunkiem, że Bruksela się na to zgodzi.
Na razie na to nie wygląda. – Jest iluzją sądzić, że poszczególne kraje mogą negocjować nowe warunki w sprawie swobodnego przepływu osób – oświadczyła w „Schweiz am Sonntag" Viviane Reding, wiceprzewodnicząca Komisji UE. Ambasador UE w Szwajcarii Richard Jones powtarza to otwarcie przed kamerami. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że ewentualne ustępstwa wobec Szwajcarii pociągnęłyby za sobą falę tego rodzaju żądań ze strony innych krajów. Jak chociażby Wielkiej Brytanii czy nawet Niemiec.
„Otworzyć drzwi dla nadużyć? NON" – głoszą plakaty zwolenników ograniczenia imigracji w Szwajcarii. Posługują się tym samym podobnymi argumentami co premier David Cameron i wielu polityków w Francji, Niemiec czy we Włoszech. Populiści z SVP proponują więc, aby świadczenia dla bezrobotnych otrzymywać mogli jedynie ci, którzy przepracowali co najmniej rok. Obecnie wymagane jest przepracowanie 12 miesięcy w ostatnich dwu latach w Szwajcarii lub jakimkolwiek innym kraju UE. W dodatku imigranci nie mogliby ściągać do siebie rodziny przed upływem roku. Równocześnie SVP nie widzi przeszkód, aby stwarzać sprzyjające warunki dla imigrantów z Chin czy Indii, gdyż brakuje personelu do opieki nad osobami niedołężnymi.
W tej branży pracuje obecnie niemało Polek oraz imigrantek z Rumunii czy Bułgarii.