Choć większość - 58 na 100 - senatorów zagłosowało "za", projekt ustawy, nazwany USA Freedom Act, nie zdobył wymaganej liczby 60 głosów potrzebnej do skierowania go do dalszych prac. Stało się tak, mimo że zgłoszony przez Demokratów projekt zyskał poparcie niektórych Republikanów.

Zdaniem lidera partii Republikańskiej w Senacie Mitcha McConnella, który był jednym z głównych przeciwników ustawy, odebranie uprawnień służbom w obecnej niestabilnej sytuacji międzynarodowej byłoby nieodpowiedzialne.

- To najgorszy możłiwy czas, by związywać sobie ręce - argumentował McConnell.

Przeciwko reformie opowiadali się także byli szefowie służb specjalnych. Były szef CIA i NSA gen. Michael Hayden nazwał ją nawet "reformą, którą pokochałoby tylko Państwo Islamskie".

Z kolei oprócz Demokratów, za przyjęciem USA Freedom Act lobbowały koncerny technologiczne, w tym Apple, Google i Microsoft, które wcześniej - m.in. według doniesień Edwarda Snowdena - współpracowały z amerykańskimi służbami.

Mimo że od stycznia Republikanie przejmą kontrolę nad Senatem, to porażka reformy nie oznacza jednak odłożenia tematu ad acta. Wielu Republikanów o libertariańskich poglądach, w tym wyrastający na jedną z gwiazd partii (i prawdopodobnego kandaydata na prezydenta) Rand Paul, chce jeszcze większego zmniejszenia inwigilacyjnych uprawnień służb, niż zostało to zaproponowane w obecnym projekcie. Ponadto, Kongres będzie musiał zająć się sprawą wkrótce, bo w przyszłym roku wygasa ustawa USA PATRIOT Act, stanowiąca podstawę prawną dla rozszerzonych uprawnień inwigilacyjnych amerykańskich służb w ramach wojny z terroryzmem.

"New York Times" przewiduje, że sprawa może doprowadzić do podziałów w partii, która od kilku lat była targana konfliktami między działaczami partyjnego establishmentu, a nowymi, często bardziej radykalnymi politykami, związanymi z ruchem Tea Party.