63-letni mężczyzna wyszedł z domu nad ranem 20 czerwca. Ze względu na to, że przez dłuższy czas nie kontaktował się z rodziną, ta 9 lipca powiadomiła policję o jego zaginięciu. Po kilku tygodniach od zdarzenia funkcjonariusze znaleźli spalone zwłoki. Jak informuje BBC, tożsamość mężczyzny miały potwierdzić badania DNA, w związku z czym, bliscy Supygaliewa pochowali szczątki.
Czytaj także: Wrócił po kilku dniach do domu. Bliscy czuwali nad jego trumną
28 października Supygaliew wrócił jednak cały i zdrowy do domu. - Gdy wujek stanął w progu drzwi, moja córka prawie dostała zawału - powiedział brat mężczyzny.
Jak tłumaczył 63-latek, po wyjściu z domu poszedł na targ, gdzie poznany przez niego mężczyzna zaproponował mu pracę w pobliskiej wiosce. Supygaliew zdecydował się przyjąć ofertę i pracował tam przez kolejne cztery miesiące.
Policja nie udzieliła komentarza w tej sprawie.
Ekspert zajmujący się badaniami DNA podkreślił, że margines błędu w takich sytuacjach jest znikomy, ale nigdy nie można go wykluczyć.
Rodzina mężczyzny zapowiedziała podjęcie kroków prawnych, gdyż po tym jak 63-latek został uznany za zmarłego, przez dwa miesiące musieli zwracać do urzędu jego emeryturę.