Książę w baletkach

Rocznik 1951. Polak urodzony w Londynie – tak mówi o sobie Jan Żyliński, Biznesmen w branży nieruchomości, najbogatszy Polak na Wyspach.

Aktualizacja: 14.12.2014 12:09 Publikacja: 14.12.2014 00:01

Książę w baletkach

Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski

Tekst pochodzi z magazynu Sukces

Żyliński jest właścicielem wycenianego na 10 mln funtów pałacu White House w londyńskiej dzielnicy Ealing. A niedawno: fundatorem pierwszego w Polsce pozłacanego pomnika – Złotego Ułana. Zbudował go ku czci Kawalerii Polskiej i swojego ojca, rotmistrza Andrzeja Żylińskiego, dowódcy zwycięskiej szarży pod Kałuszynem w 1939 r. i osobistego adwokata gen. Andersa. Inwestycja warta okrągły milion, ale nie o pieniądze tu chodzi.

 

Bo Jan Żyliński nie zapomina o swoich korzeniach. Herbu Lubicz, jest potomkiem polskiego rodu książęcego wywodzącego się od Ruryka, władcy Nowogrodu i Ładogi, przodka wielkich książąt kijowskich. O Żylińskich wspominał Lew Tołstoj w „Wojnie i pokoju". Jak się czyta o swoich przodkach w wielkiej literaturze? – To niesamowite uczucie – odpowiada szczerze.

Gdzieś po drodze stał się ekscentrykiem. Jak inaczej ocenić człowieka, który w wieku 50 lat odkrył w sobie pasję do baletu? I bez cienia zażenowania włożył baletki, by zatańczyć partię w „Jeziorze łabędzim"? – Na szczęście nigdy w życiu nie kierowałem się tym, co być powinno i co wypada – przekonuje. – Robię tylko to, w co wierzę.

Teraz myśli o wybudowaniu w Londynie opery. Wliczając koszt ziemi, jest to inwestycja rzędu 200 mln funtów. Na to marzenie, jak na każde poprzednie, chce zapracować sam.

Kapitalistyczny kot na szczury

Jan Żyliński, który dorobił się na handlu nieruchomościami, studiował historię w London School of Economics. Wzorem polityka jest dla niego Margaret Thatcher. Zresztą kobiety w jego życiu zawsze odgrywały ważną rolę. – Miałem siedem lat, gdy z bratem straciliśmy ojca. Mama musiała nas utrzymać. Szybko się okazało, że radzi sobie genialnie – opowiada. To jej zawdzięcza swoją żelazną zasadę: ryzyko można okiełznać. – Mama nie bała się brać kredytu sięgającego nawet 90 proc. wartości nieruchomości. Kupowała budynek, który później własnymi rękami remontowała, tapetowała, karczowała ogród. A następnie sprzedawała z dużym zyskiem.

Dziś Jan Żyliński sam może uczyć innych, na czym polega sztuka bycia dobrym deweloperem. Jego rada to dostrzegać możliwości tam, gdzie nie widzą ich inni. To dlatego, dając wytyczne londyńskim agentom, z którymi współpracuje, mówi im, by szukali nieruchomości tam, gdzie są... szczury. Nie ma szczurów, nie kupuje. A efekt? Sześcio-, a czasem nawet dziesięciokrotne przebicie na wartości nieruchomości w stosunku do ceny nabycia. – Kapitalista jest niczym kot, który chodzi własnymi drogami. Nie kupuję ziemi czy budynku. Kupuję możliwość – podkreśla.

Generał na zmywaku

Nie jest człowiekiem, którego łatwo zaszufladkować. – Dzięki Bogu – oddycha z ulgą. I snuje opowieść o swojej rodzinie, w której zawarty jest kawał historii Polski.

Jego ojciec po klęsce wrześniowej przedostał się przez Rumunię do Anglii. Służył później w II Korpusie Polskim u gen. Władysława Andersa, gdzie był oficerem łącznikowym. Bił się pod Monte Cassino. Po wojnie, już w Londynie, był adwokatem generała. Pomagał też polskim księżom posługującym w Wielkiej Brytanii, udzielał im bezpłatnej pomocy prawnej.

– W Londynie po wojnie znalazło się wielu Polaków, m.in. cała generalicja Wojska Polskiego. Większość trafiła na zaplecze restauracji czy hoteli. Innymi słowy – wylądowała na zmywaku. Nie znali języka, nie mieli zawodu. Bo kim jest generał w czasie pokoju? – opowiada.

W ten sposób polska emigracja szybko się podzieliła. Na tych, którzy zaadaptowali się do nowej rzeczywistości, i tych, którzy woleli bujać w obłokach. Dla wszystkich był to przyspieszony kurs realizmu.

Londyn lat 50. Wtedy nie mówiło się o tytułach, herbach. Jego ojciec nie wspominał nawet słowem o zwycięskiej szarży. – Atlantyda zatonęła. Babcia opowiadała mi wprawdzie o swoim pałacu pod Płockiem (po wojnie przejęli go komuniści) i wystawnych balach, ale słuchałem tego jak baśni. Chyba wtedy po raz pierwszy obiecałem, że odbuduję jej pałac. Miałem może z sześć lat – mówi.

I wspomina imieniny urządzane właśnie przez babcię. Wśród gości: gen. Władysław Anders, gen. Józef Haller, gen. Ludmił Rayski, który przed wojną dowodził lotnictwem. Czasem wpadali też gen. Tadeusz Bór-Komorowski, Tadeusz Pełczyński, płk Kazimierz Iranek-Osmecki. Śmietanka polskiego Londynu. Miał może dziesięć lat, gdy na jednym z takich rodzinnych spotkań rozmawiał z gen. Romanem Odzierzyńskim, dowódcą artylerii pod Monte Cassino. – Tłumaczyłem mu, że źle ustawił swoje działa. A ten człowiek z uśmiechem na ustach stał i cierpliwie słuchał wywodów kilkuletniego chłopaka – mówi i sam również uśmiecha się na myśl o tamtych czasach. – Później, następnego dnia, szedłem do szkoły, opowiadałem kolegom o tych spotkaniach i dyskusjach. A oni? Pukali się w czoło. Cóż, chyba mi nie wierzyli.

Pocztówkowy milioner

W branży nieruchomości jego mama szybko stała się znaczącą postacią. On jednak nie chciał po prostu przejąć firmy. Bronił się przed tym i rozkręcał własne biznesy. Najpierw był dziennikarzem, pracował w polskiej sekcji BBC, pisał recenzje do „Guardiana" i „Sunday Timesa". – Ale pisanie artykułów to ciężka praca. Szybko się nauczyłem, że bardziej efektywne jest wypełnianie faktur – żartuje.

Był 1978 r. Postanowił zorganizować wystawę polskiego plakatu w Londynie. Zaczął od tego, że na ścianach swojej uczelni porozklejał ulotki reklamujące to wydarzenie. Ambasada polska postanowiła go wesprzeć w sposób niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju: podarowała na ten cel 100 butelek wódki. Wernisaż okazał się sukcesem towarzyskim.

Później zorganizował kolejną wystawę, w londyńskim Teatrze Narodowym. I znów medialny sukces. Wtedy zaświtała mu myśl, czy nie dałoby się na tej działalności zarobić. Andrzej Rottermund, obecny dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, namówił go, by wziąć tysiąc plakatów z ówczesnej Ars Polony Desy w komis. – Zrobiłem to, ale bez przekonania – mówi. I pierwszego dnia sprzedaży miał już w kieszeni 3 tys. Funtów. Gotówką.

Milionerem funtowym został w 1985 r. Miał wtedy 34 lata. Dorobił się na pocztówkach. Dziś brzmi to mało poważnie, ale w latach 90. był nawet światowym potentatem na tym rynku. – Taką pocztówkę można było sprzedać 20-krotnie drożej, niż wynoszą koszty produkcji – wspomina. Pomysł podsunęła mu ówczesna dziewczyna. Była piękna, szalona, nazywała się Ania i mieszkała w Paryżu (żyje tam do tej pory i jest wziętą bizneswoman, sprzedaje systemy obrony ziemia-powietrze).

Na francuskim rynku bardzo popularne były pocztówki z wizerunkami gwiazd. W Wielkiej Brytanii nikt o nich nie słyszał. Nie miał więc konkurencji. – David Bowie, Madonna, Duran Duran. I tak przez 20 lat. Ale największym hitem była pocztówka z Leonardo DiCaprio, zaraz po premierze „Titanica". Sprzedawaliśmy miliony „Leosia" tygodniowo – mówi. Rocznie setki milionów kartek eksportował do 50 krajów.

W ten sposób dorobił się poważnej gotówki. – Dzięki temu w 1990 r. kupiłem nieruchomość za 600 tys. funtów, bez kredytu, za gotówkę, w dobrym punkcie Londynu. Dziś ma ona wartość 6 mln funtów – opowiada.

Coraz bardziej uwierało go jednak to, że był zależny od gwiazd, od ich humorów, popularności. I swojego przeciętnego odbiorcy, czyli dziesięcioletniej dziewczynki. – Broniłem się przed nieruchomościami, bo wydawało mi się, że to nudna branża. W końcu dotarło do mnie, że tak wygląda przyszłość każdej rozwojowej firmy. Nawet McDonald's sprzedaje hamburgery i frytki, by spłacać nieruchomościowe kredyty – przekonuje.

Od tamtej pory znajdował tereny oraz nieruchomości, których nikt inny nie chciał. W tym czasie czuło się już nadciągającą recesję. On jednak czekał na nią z utęsknieniem, bo widział w niej okazję do zarobienia naprawdę dużych pieniędzy. Zresztą taki ma styl: do nieruchomości podchodzi jak myśliwy. Wypatruje zwierzynę, a gdy ta pojawi się na horyzoncie, wybiera najlepszy moment do strzału. Starą, zniszczoną piekarnię odkrył w 2000 r. Z zakupem czekał pięć lat, ale cierpliwość opłaciła się: zdobył ją za jedną trzecią ceny wywoławczej. Dziś jest warta dziesięć razy tyle.

Czy nigdy nie zmyliło go przeczucie? – Nigdy – odpowiada. I jak przekonuje, nie jest to przejaw megalomanii. – Po prostu biznesmen, który nie ufa samemu sobie, zaczyna popełniać poważne błędy.

Bonaparte i Lady Gaga

Do wybudowania pałacu ostatecznie namówiła go żona. Kupił dom z lat 30. ub. w. Klasyczna ceglana bryła, trochę w stylu art déco. Do tego piękny ogród. I świetna lokalizacja: dom od strony ulicy był niemal niewidoczny. Szybko ruszył z remontem. Najpierw otynkował budynek i pomalował na biało – to znak rozpoznawczy wszystkich jego nieruchomości. Goła cegła kojarzy mu się z systemem klasowym w Wielkiej Brytanii. Z podziałem ludzi na lepszych i gorszych.

Później pomyślał: przydałyby się kolumny. Stanęło ich 36. W stylu korynckim, czyli na bogato. Budowa White House trwała siedem lat, pochłonęła ponad 1 tys. m sześc. różnego rodzaju drewna i 300 ton marmuru. Przed wejściem stanęły klasycystyczne posągi, wewnątrz stare francuskie zegary, zawisły kryształowe żyrandole i obrazy z Napoleonem Bonaparte. Po co to i na co? Cytując klasyka: dla własnej przyjemności, a durniom na złość.

„Mój dom jest moim zamkiem" – głosi angielskie porzekadło, co po polsku oznacza tyle, co „Wolnoć, Tomku, w swoim domku". Jan Żyliński woli jednak inną interpretację. Nad wejściem do pałacu umieścił napis: „Jam Dwór Polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie".

Pałac stał się barwnym miejscem. Charytatywne bale, koncerty. Co tydzień sesje zdjęciowe, teledyski gwiazd, m.in. Britney Spears, Rihanny, Lady Gagi. Pokazy domów mody, Chanel czy Diora. Naga sesja też się zdarzyła. – O, przepraszam, panie były w szpilkach – śmieje się na wspomnienie tego widoku.

Pałac, który jest repliką babcinego pałacu w Gozdowie (między Płockiem a Sierpcem), stał się jednak solą w oku londyńskich sąsiadów. 400 z nich nie spodobały się hałasy i głośna muzyka. Zaczęli pisać pozwy, domagali się sądowych zakazów. – Popełniłem śmiertelny błąd. Ośmieliłem się obalić hierarchię na ulicy – tłumaczy. Czy rzeczywiście było zbyt barwnie? Pewne jest jedno: niedawno wszystkie oskarżenia wobec Żylińskiego zostały wycofane.

Tkaniny, meble, wykończenia. Najwyższej jakości, wyszukane, wychodzone. Złocenia, gzymsy, tynki. I parkiet z sześciu rodzajów drewna jest wierną kopią podłogi z sali rycerskiej Zamku Królewskiego w Warszawie. Wnętrza jego domu przepychem nie ustępują pałacowi Buckingham. Nic więc dziwnego, że biznesmen arystokrata zorganizował tam ślub królewski. Dla tych, którzy nie otrzymali zaproszenia od Williama i Kate. Podczas balu zbierano datki na pomoc ofiarom tsunami w Japonii.

Pałac z czasem przekształci się w muzeum, ambasadę polskości w Londynie. I jak każdy biznes będzie musiał na siebie zarobić. Stąd pomysły na kolejne akcje. – Bo moje wizje z utopią nie mają nic wspólnego – mówi. Na szczęście dziś już nie musi nikogo do siebie przekonywać. Banki idą mu na rękę, gmina sprzedaje budynki, na które inni bezskutecznie ostrzyli sobie pazury. Jego inwestycje najlepiej świadczą o tym, że w tych szaleństwach jest metoda.

Społeczeństwo
Masowe protesty na Wyspach Kanaryjskich. Mieszkańcy do turystów: "Szanujcie nasz dom"
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Społeczeństwo
Nowy Jork. Przed sądem, gdzie trwa proces Trumpa, podpalił się mężczyzna
Społeczeństwo
Aleksander Dugin i faszyzm w rosyjskim szkolnictwie wyższym
Społeczeństwo
Dubaj pod wodą. "Spadło tyle deszczu, ile pada przez cały rok"
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Społeczeństwo
Kruszeje optymizm nad Dnieprem. Jak Ukraińcy widzą koniec wojny?