Jawność życia publicznego to ważna zasada. Jednocześnie prawo do informacji może być nadużywane. O tym, czy takie korzystanie z tego prawa jest kosztem społecznym, czy też ustawodawca dostęp do informacji powinien w jakiś rozsądny sposób reglamentować, rozmawiali na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego naukowcy.
Dostęp ograniczany
– Prawo do informacji może być nadużywane – mówi prof. Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich. – Zwracają na to uwagę moi koledzy w państwach skandynawskich. Tam jawność działania instytucji publicznych jest tak szeroka, że tylko najważniejsze informacje o obronności państwa są objęte tajemnicą.
Również nastawienie społeczeństwa do jawności może się zmieniać. Przykładem jest chociażby Hiszpania. Tam po serii zamachów terrorystycznych samo społeczeństwo uznało, że państwo ma prawo dostęp do informacji ograniczać.
– Także w Polsce powszechna jawność budzi zastrzeżenia – mówi prof. Irena Lipowicz. – Rozumiem obawy sędziów przed upublicznieniem w internecie ich oświadczeń majątkowych. Również dlatego, że zawarte w nich dane mogą ułatwić ataki na sędziów – wyjaśnia RPO.
Dla administracji problemem są natomiast żądania dezorganizujące pracę urzędów. Na czym taka uciążliwość polega? Przede wszystkim na występowaniu z wnioskiem o informacje, które łatwo można uzyskać z innych źródeł. A także na ponawianiu przez te same podmioty tych samych zapytań w krótkich odstępach.
To, że nadużywanie prawa do informacji jest problemem także w Polsce, pokazują przeprowadzone przez Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego badania. Wynika z nich, że 96 proc. podmiotów zobligowanych do udostępniania informacji publicznej z takim zjawiskiem miało do czynienia. Z badań tych wynika, że powtarzające się zapytania są najuciążliwsze dla małych gmin (do 20 tys. mieszkańców). Dla większych samorządów uciążliwość takich zapytań nie jest aż tak odczuwalna. A to z prostej przyczyny – mają więcej pracowników, którzy rozpatrywaniem wniosków o udostępnienie informacji publicznej mogą się zajmować.
– Państwa europejskie wypracowały rozmaite rozwiązania przeciwdziałające pieniactwu – mówi dr Agnieszka Piskorz-Ryń. – Ustawodawstwo francuskie, litewskie czy estońskie przewiduje np. możliwość odmówienia udostępnienia informacji publicznej, jeżeli jej udzielenie wiąże się z zakłóceniem pracy organu i obsługującego go urzędu – wyjaśnia.
Dalej idzie ustawodawstwo australijskie. Tam komisarz ds. informacji może natrętnego pytającego zakwalifikować jako dokuczliwego wnioskodawcę.
– Osoba opatrzona taką etykietą w praktyce zostaje pozbawiona prawa do informacji publicznej – wyjaśnia dr Agnieszka Piskorz-Ryń.
Pytanie o koszty
– Udzielenie informacji publicznej nie może być uzależnione od opłaty wstępnej – mówi Piotr Sitniewski, prezes Fundacji Jawność.pl. – Nie musi to oznaczać, że wszystkie koszty związane z jej udostępnianiem ma ponosić urząd.
Potwierdza to ustawa o dostępie do informacji publicznej, która stanowi, że koszty udostępnienia w określonych sytuacjach ponosi wnioskodawca. Problemem jest, jak te koszty ustalać i egzekwować – dodaje.
Maciej Maciejewski z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk zwraca uwagę na konieczność monitorowania wniosków o dostęp do informacji.
– Każdy urząd powinien sporządzać roczny raport o wnioskach załatwionych pozytywnie i o przyczynach odmowy. A także o poniesionych kosztach związanych z udostępnianiem informacji publicznej – przekonuje Maciej Maciejewski.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora, m.cyrankiewicz@rp.pl