Zgodnie z przewidywaniami prezydent nie zaprosił Macieja Berka, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, do złożenia ślubowania. Po tym jak Komisja Wenecka potwierdziła w swojej opinii, że w takiej sytuacji możliwe jest złożenie ślubowania w innej formie, sędzia Berek, podobnie jak czworo jego poprzedników, wygłosił rotę ślubowania w Sejmie „wobec” prezydenta, ale bez jego udziału. I tak jak w poprzednich przypadkach prezes TK Bogdan Święczkowski odmówił dopuszczenia sędziego do orzekania. Jak pan to ocenia z punktu widzenia prawnika i socjologa?

Jest kilka wątków, na które należy zwrócić uwagę. Zacznijmy od opinii Komisji Weneckiej (KW), która jest ciałem istotnym, uznanym i mającym autorytet, natomiast jej stanowisko nie ma charakteru wiążącego. Nie mamy tu do czynienia z żadnym rozstrzygnięciem porównywalnym np. z wydaniem orzeczenia sądowego. To po prostu opinia. Po drugie, zwróciłbym uwagę na selektywne stanowisko obecnych władz, które teraz ochoczo powołują się na ten dokument, podczas gdy to, co wcześniej napływało z KW, specjalnego entuzjazmu nie wywoływało.

Ma pan na myśli krytyczne opinie na temat projektów ustaw praworządnościowych w zakresie rozwiązania problemu neosędziów?

Dokładnie. I wówczas akcentowano niewiążący charakter opinii, mówiąc, że jest to tylko stanowisko wyrażone przez grono eksperckie.

Czytaj więcej

Spór o Trybunał Konstytucyjny. Ośmioro sędziów zapowiada kolejne kroki

Zgadza się pan z konkluzjami płynącymi z opinii Komisji Weneckiej?

Komisja wkroczyła w bardzo delikatny obszar. KW co do zasady przedstawia stanowisko, odwołując się do pewnego standardu prawnego, wynikającego z treści oraz stosowania prawa w poszczególnych państwach. W tym przypadku, oceniając polską, specyficzną procedurę powołania sędziów TK, chyba nie za bardzo można odwołać się do jakiegoś utrwalonego standardu o charakterze porównawczym, pochodzącego z innych państw. Poza tym, jeżeli wczytać się dokładnie w tę opinię, to jest w niej mowa o poprawnym wyborze przez parlament. A przecież istotą sporu o ślubowanie jest to, czy wybór dokonany przez Sejm był ważny, został należycie dokonany, a wymagane przesłanki zostały spełnione.

Proszę zwrócić uwagę, że w pkt. 81 opinii mowa jest o tym, że ścisłe trzymanie się ustawowego wymogu złożenia ślubowania przed prezydentem pozwalałoby mu uniemożliwienie objęcia urzędu przez sędziów ważnie wybranych przez Sejm.

Tylko że ani konstytucja, ani ustawa nie dają żadnemu organowi prawa do badania poprawności wyboru dokonanego przez Sejm, o określeniu procedury, w jakiej miałoby to nastąpić, nie wspominając.

Zgoda. Jednak mam wrażenie, że to sformułowanie o „ważności” wyboru świadczy o tym, że KW nie chce być superarbitrem, który w sposób jednoznaczny rozstrzyga ten spór. Dlatego wydaje mi się, że tę opinię należy czytać trochę ostrożniej. Zwróciłbym uwagę również na dwie opinie prawne przygotowane przez świetnych konstytucjonalistów – prof. Ryszarda Piotrowskiego i prof. Jacka Zaleśnego, którzy wskazali, na podstawie analizy polskiego prawa, że prezydent jest uprawniony do weryfikacji prawidłowości wyboru poprzez zwrócenie się o informacje, które pozwoliłyby mu sprawdzić te zastrzeżenia.

Podczas protestu przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego interweniowała policja

Podczas protestu przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego interweniowała policja

Foto: PAP/Paweł Supernak

Do TK trafiają politycy zamiast wybitnych konstytucjonalistów

Obaj ci wybitni konstytucjonaliści są też członkami Rady Nowej Konstytucji, ciała utworzonego przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Nie zmienia to faktu, że są to wybitni konstytucjonaliści. Co więcej, są oni gotowi formułować swoje opinie w sposób odważny, wbrew środowisku prawniczemu, nie przejmując się konsekwencjami wynikającymi z tzw. lojalności środowiskowej. A ta w środowisku prawniczym jest silna, co bardzo wpływa na gotowość do wyrażania własnego stanowiska w sposób otwarty i krytyczny. Inni się tego boją.

Być może to, że znaleźli się w radzie konstytucyjnej, było wyrazem uznania, że są to osoby dające gwarancję niezależności, a przynajmniej odwagi wyrażania stanowiska. Generalnie uważam, że potrzebna jest rozmowa o polskiej konstytucji, która powstała kilka dekad temu. Trzeba ją gruntownie przejrzeć, a może wręcz zastąpić inną. Przypomnę tylko, że już twórcy Konstytucji 3 maja wskazywali, że co 25 lat powinno się dokonywać jej przeglądu. Jeśli taką potrzebę widzieli nasi przodkowie ponad 200 lat temu, to cóż powiedzieć dziś, gdy mamy do czynienia z dużo większą dynamiką życia.

Nowa konstytucja to odległa perspektywa, a wracając do tu i teraz: czy uważa pan, że prezes TK miał prawo nie dopuszczać do orzekania sędziów, którzy nie złożyli ślubowania w obecności prezydenta?

Tutaj podzielam stanowisko profesorów Piotrowskiego i Zaleśnego. Natomiast nie zmienia to faktu, że mamy problem systemowy z Trybunałem Konstytucyjnym, a brakuje podejścia do jego rozwiązania. W tym starciu, które obecnie obserwujemy, jedna strona będzie próbowała przeważyć siłowo. Rząd ma na to większe szanse. Ale ten problem nie zostanie rozwiązany, lecz wybuchnie nam w rękach po kolejnych wyborach, jeśli zmieni się układ władzy.

Pytanie, jak ewentualna władza – przede wszystkim Sejm – odniesie się do uchwał o wyborze sędziów TK dokonanych przez Sejm obecnej kadencji. Czy nie uzna ich np. za niezgodne z prawem.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Nieśmiało przypomnę, jakie były początki wojny o TK

Mieliśmy z tym do czynienia w 2015 r., co było jedną z głównych przyczyn kryzysu TK, z którego skutkami borykamy się do dziś.

To prawda, ale i później mieliśmy uchwały – nie ustawy – podejmowane przez obecny Sejm, wskazujące, że TK nie jest organem, który realizuje funkcje sądu konstytucyjnego. 

Wybory sędziów TK: większość kwalifikowana zamiast zwykłej

Jak więc ten problem rozwiązać w sposób systemowy?

Tutaj dochodzimy do kwestii resetu. Pytanie tylko, czy jest możliwość spotkania się obecnych adwersarzy i wypracowania rozwiązania, które będzie trwałe. A przynajmniej będzie gwarantowało pewną stabilność.

Moim zdaniem należałoby zacząć od podniesienia pułapu większości niezbędnej do wyboru sędziego TK. Dziś jest to zwykła większość, a powinna być większość kwalifikowana, np. 3/5, a być może jeszcze wyższa - 2/3. To spowoduje, że w TK znajdą się nie osoby, które są przede wszystkim aktywne i politycznie kojarzone, jak to obserwujemy w przypadku sędziów wybranych przez poprzedni, jak i obecny Sejm, a niezależni eksperci. Dziś mamy polityków, którzy owszem mają wykształcenie i doświadczenie prawnicze, ale wciąż pozostają politykami lub wyrazistymi uczestnikami politycznego sporu, nawet jeśli nosili prawniczą togę czy akademicki biret.

Czytaj więcej

Prokurator z policją wszedł do Trybunału Konstytucyjnego

Tymczasem gdy patrzę na polskie środowisko prawniczo-konstytucyjne, widzę świetnych konstytucjonalistów, których w TK nie ma. Są w nim za to osoby, które charakteryzuje przede wszystkim jednostronne zaangażowanie w spór polityczno-prawny.

Trawestując memiczny już tweet prof. Leszka Balcerowicza, zapytam: Kto? Proszę podać nazwiska.

Nie chciałbym wskazywać konkretnych nazwisk, myślę, że czytelnicy bez trudu zidentyfikują takie osoby wśród sędziów wybranych do TK. Natomiast z przyjemnością mogę wskazać osoby znane z doskonałej wiedzy z obszaru prawa konstytucyjnego, których w TK nie ma, jak wspomniany prof. Piotrowski z Uniwersytetu Warszawskiego czy Monika Florczak-Wątor z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wracając do resetu: czy oprócz większości kwalifikowanej nie powinno się rozproszyć prawa wyboru sędziów TK na różne organy, wyposażając w tę kompetencję np. Senat i prezydenta?

Jest szereg rozwiązań znanych w innych państwach, które można zapożyczyć i które rozpraszają wybór członków sądów konstytucyjnych. Tak jak wspomniałem, reset wymaga, by naprzeciwko siebie usiadły wszystkie strony sporu. Pytanie, czy jest to możliwe w obecnych realiach polskiej polityki. Czy może jesteśmy już tak podzieleni na dwa nieznoszące się, nienawidzące się plemiona, że taka możliwość spotkania jest wykluczona?

Protest przed Trybunałem Konstytucyjnym, 14 października 2026 r.

Protest przed Trybunałem Konstytucyjnym, 14 października 2026 r.

Foto: PAP/Paweł Supernak

Likwidacja Trybunału Konstytucyjnego?

Z jednej strony mamy marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, który mówi, że wysyła do TK ósemkę wspaniałych. Z drugiej strony pod siedzibą TK mamy posłów Goska czy Kaczyńskiego, którzy przyszli tam bronić TK. A z trzeciej – jeszcze prezydenta, który rzuca wszystkie obowiązki i osobiście jedzie do TK, odwołując wizytę w Słowenii. Czy ten spór wokół Trybunału, który jest dla majestatu państwa czymś wyjątkowo wstydliwym, należy jeszcze po raz kolejny upubliczniać w ten sposób na forum międzynarodowym?

W tym przypadku też wolałbym, aby politycy zachowali więcej spokoju, natomiast jeśli sytuacja eskaluje, to wiadomo, że politycy też będą ją eskalować. Dlatego jeśli nie jesteśmy w stanie zgodzić się co do funkcjonowania TK, to czy nie powinniśmy zdecydować się na jego likwidację?

W takiej sytuacji naturalnym kandydatem do przejęcia kompetencji TK byłby Sąd Najwyższy, a tam jest nie mniejszy bałagan niż w Trybunale.

W rzeczy samej. Mamy więc pakiet problemów. Zatem z uwagi na to, że TK jest widziany nie tylko jako organ weryfikujący zgodność prawa z konstytucją, ale też jako organ, który mocno angażuje się w politykę, być może musimy pomyśleć o stworzeniu organu słabszego niż Trybunał Konstytucyjny.

Czytaj więcej

Karol Nawrocki w sprawie TK nie odpuści. Donald Tusk również. Rozpoczyna się nowa wojna na górze

Słabszego?

Na przykład we Francji sądu konstytucyjnego nie ma. Jest natomiast Rada Konstytucyjna, wyposażona w wąsko określone uprawnienia kontroli. Przede wszystkim weryfikuje ona, czy dane ustawodawstwo jest zgodne z konstytucją, a ta kontrola jest ograniczona do etapu tworzenia prawa. Czyli na etapie uchwalania prawa, ale przed jego wejściem w życie, możliwe jest skierowanie go do Rady Konstytucyjnej. Natomiast nie ma uprawnień do badania konstytucyjności prawa już uchwalonego. Francja bała się takiej mocnej roli sądu konstytucyjnego, który ingerowałby w uprawnienia władzy ustawodawczej. Postanowiono, że ten hamulec kontrolny będzie można wcisnąć tylko na pierwszym, początkowym etapie. Być może właśnie w tę stronę powinniśmy iść.

Z jednej strony jest to ciekawe rozwiązanie, które mogłoby spowodować zwiększenie jakości stanowionego prawa. Z drugiej, patrząc na tempo uchwalania ustaw oraz ich liczbę, obawiam się, że wiele rozwiązań wątpliwych konstytucyjnie mogłoby zostać niezauważonych na etapie prac legislacyjnych i uchwalonych, co w przypadku braku kontroli następczej skazywałoby nas na życie pod rządami niekonstytucyjnych ustaw.

To byłby pewien koszt. Nie wchodząc w szczegóły, we Francji sądy ostatniej instancji mają pewne uprawnienia do kontroli konstytucyjności, ale są one bardzo specyficzne i ograniczone. Francuzi sobie jednak jakoś radzą, mimo że również „produkują” liczne akty prawne. Za to rozstrzygnięcia Rady Konstytucyjnej zapadają szybko, by nie hamować procesu legislacyjnego, i myślę, że warto byłoby przyjrzeć się takim rozwiązaniom.

Czytaj więcej

Spór o TK trwa od 2015 roku. Jak doszło do kryzysu konstytucyjnego?

Jak odpolitycznić sąd konstytucyjny?

Obojętnie jakiemu organowi powierzylibyśmy sprawowanie kontroli konstytucyjnej, w jakim zakresie i w którym miejscu w systemie prawa byśmy go umieścili, to czy nie najważniejsze jest zabezpieczenie go przed wpływem polityków?

Dokładnie. Musimy się uporać z tym samym problemem, od którego wyszliśmy. Ale czemu nie zaproponować, by i rządząca koalicja, i opozycja wskazywały „swoich” sędziów, choć chyba najbardziej sensowny jest wybór kwalifikowaną większością.

A może politykom odpowiada sytuacja, w której albo mają dyspozycyjny TK, albo Trybunału nie ma wcale. I nikomu tak naprawdę na niezależnym TK nie zależy.

Jeszcze nie tak dawno były próby, aby zebrać w jednym miejscu reprezentantów różnych pokłóconych środowisk prawniczych (a więc stowarzyszeń prawniczych z obu stron, przedstawicieli TK, SN czy Krajowej Rady Sądownictwa) i zastanowić się, co zrobić, by stworzyć stabilniejszy mechanizm wyłaniania i awansów sędziów w ogóle, nie tylko w TK.

Co więcej, nawet organizacje międzynarodowe były gotowe nas w tym procesie wesprzeć. Ostatecznie do takiego spotkania nie doszło, nie mówiąc już o wypracowaniu jakichkolwiek rozwiązań. Sądy oraz TK są więc traktowane jako polityczny łup.

Czytaj więcej

„Odbicie" przez rządzących TK może niewiele zmienić. Kluczowa będzie reakcja SN

A jak patrzy pan na to jako socjolog? Czy społeczeństwo nie jest już zmęczone trwającym ponad dekadę sporem?

Prawnicy poruszają się w obszarze norm i z tej perspektywy formułują oceny. Natomiast na te zdarzenia patrzą też zwykli ludzie, którzy nie są prawnikami, a przede wszystkim są obywatelami, mniej lub bardziej zaangażowanymi i przejętymi losem państwa. Po pierwsze, tu się zgodzimy, są zmęczeni. Po drugie, są coraz bardziej zdegustowani. Po trzecie, mają coraz większy dystans do polityków, prawa, sądów.

Ranga samego prawa, ranga sądów jako miejsca rozstrzygania sporów, kojarzonego przede wszystkim ze sprawiedliwością oderwaną od doraźnej polityki, przestaje istnieć. Albo wręcz już przestała istnieć w naszym kraju. Patrząc okiem socjologa, dostrzegam potężny stan anomii. Moim zdaniem ten porządek, który był budowany po 1989 r., powinien zostać zweryfikowany po to, aby przywrócić społeczne zaufanie do instytucji państwa. Wydaje mi się, że ten porządek, który wystarczał i do którego mniej lub bardziej byliśmy przyzwyczajeni i który akceptowaliśmy, ujawnił tak potężne problemy i został tak mocno zdeprecjonowany, że nowe otwarcie konstytucyjne byłoby bardzo pożądane.

Czytaj więcej

„Rzecz w tym”: Mieliśmy czterech sędziów w przedsionku TK, teraz mamy pięciu

Do tego potrzebny jest tzw. moment konstytucyjny. Byłbym gotów uznać, że się do niego zbliżamy, obserwując, jak coraz bardziej brniemy w ślepą uliczkę. Natomiast przy tym poziomie polaryzacji nie za bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić, że nawet wtedy będziemy w stanie umówić się wspólnie na jakieś nowe rozwiązanie.

Pytanie, czy jesteśmy już w takim momencie dramatu, że moment konstytucyjny już się pojawił, czy też sytuacja musi stać się jeszcze bardziej dramatyczna, żeby doszło do destrukcji społecznych i politycznych instytucji. I dopiero wtedy uznamy, że to nowe otwarcie konstytucyjne jest konieczne, byśmy jako uporządkowane państwo dalej trwali. Liczę, że jednak ta refleksja wokół nowej konstytucji, a przynajmniej istotnej zmiany pewnych postanowień obecnej ustawy zasadniczej jakoś dojrzewa. Właśnie dlatego, że ten dramat jest już tak wielki, że nie możemy go dłużej ignorować, jeżeli poważnie chcemy myśleć o własnym państwie.