Z każdym partnerem, który przez trzy lata nie potrafiłby wywiązać się z kontraktu z miastem, ratusz zerwałby współpracę. Ale projektant Muzeum Sztuki Nowoczesnej Christian Kerez cieszy się szczególnymi względami. Dlaczego?
MSN urasta do rangi inwestycyjnego absurdu. Według pierwotnych zamierzeń, w 2011 r. miało już stać w centrum stolicy, przy Pałacu Kultury i Nauki. Obiekt miał odczarować wieloletnią inwestycyjną niemoc zabudowy pl. Defilad, na którym królowały jedynie prowizorki, kupieckie budy czy parkingi. Jednak wciąż nie ma pewności, czy muzeum powstanie. Bo nie ma projektu budowlanego, na podstawie którego można by zaczynać prace. Taki drobiazg.
Architekt Christian Kerez, który wygrał w 2007 r. ogłoszony przez stołeczny ratusz i Ministerstwo Kultury międzynarodowy, prestiżowy konkurs, nie potrafił dotąd wywiązać się z umowy.
– Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego on tego nie projektuje – słyszę od Pawła Barańskiego, szefa Stołecznego Zarządu Rozbudowy Miasta, który w imieniu warszawskiego ratusza nadzoruje inwestycję. – Być może architekt wizjoner wymyślił nierealizowalną w tym miejscu miasta koncepcję i przedsięwzięcie go przerosło?
Kerez z kolei przekonuje, że projekt powstaje, współpraca z miastem „nadal układa się dobrze". Roztacza wokół siebie aurę zapracowanego. Ale i pokrzywdzonego. Gubi się w gąszczu polskich przepisów. Skarży na wzrost kosztów inwestycji.
Szwajcar wymyślił na placu Defilad obiekt, który warszawiacy szybko ochrzcili mianem „wyżymaczki", ze względu na charakterystyczny walcowaty dach. Najpierw przez blisko rok negocjował z miastem kontrakt – wywalczył rekordową jak na polskie stawki kwotę 26 mln zł. Potem zwlekał z projektowaniem. Przy kolejnej wizycie w Polsce zmiany rysował urzędnikom na serwetce śniadaniowej. Przerwał prace, gdy ratusz – nadprogramowo – zażądał, by we wnętrzach znalazła się też siedziba dla Teatru Rozmaitości. Projektant miał więc okazję, by zażądać dodatkowych pieniędzy. I wywalczył je – 1,2 mln zł. Innym razem dopatrzył się, że w kontrakcie z miastem (który sam podpisywał) nie ma tego, czego żądają od niego urzędnicy. Kwestionował np., że musi w ramach kosztów zdobywać wszelkie uzgodnienia dotyczące podziemnych podłączeń i uzgodnień drogowych.
Gdy w sierpniu 2010 r. w końcu pokazał efekt swojej pracy, okazało się np., że zaprojektował belkę konstrukcyjną o 70 cm przekraczającą normy. Bo mu się we wnętrzach nie mieściło wszystko, czego chcieli urzędnicy. – Projekt bez uzgodnień nie jest pełnoprawnym projektem budowlanym – stwierdza twardo Paweł Barański. Ratusz dokument odrzucił, ale zapłacił 8 mln zł. I wyznaczył termin na poprawki. Kerez go nie dotrzymał. W końcu zagrożono mu karami za opóźnienie – dziś już blisko 1,6 mln zł, ale Szwajcar płacić nie chciał. Ostateczny termin złożenia projektu miał minąć 29 lutego. Kerez, przeczuwając, że cierpliwość władz stolicy się kończy, w styczniu wysłał do ratusza swojego polskiego pełnomocnika. I zgodził się w ramach kontraktu wykonać wszystko to, za co do tej pory żądał dodatkowych pieniędzy, ale... projekt zrobiłby za rok. Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz tak dużo czasu już mu nie dała. Wyznaczyła koniec czerwca. I jak zwykle to termin „ostateczny" i „nieprzekraczalny". – Taki „deadline deadline'ów" – używa dziennikarskiej nomenklatury rzecznik ratusza Bartosz Milczarczyk.
Tylko czy istnieją jakiekolwiek przesłanki do tego, by wierzyć, że ten termin zostanie dotrzymany? Moim zdaniem nie. Słabnie też wiara w samym ratuszu. Umiarkowanym optymistą jest jeszcze tylko wiceprezydent Jacek Wojciechowicz, który liczy, że projekt dokończy i uratuje polska pracownia, z którą Szwajcar chce teraz współpracować (to już trzecia z kolei).
Skąd ta słabość prezydent Warszawy do Christiana Kereza? Czy nie należało umowy zakończyć już po drugim spóźnieniu? Odpowiedź brzmi: polityka. Muzeum to wspólne przedsięwzięcie władz Warszawy i ministra kultury. Żadne z nich chce uchodzić w międzynarodowym świecie architektów za władzę nieprzychylną sztuce nowoczesnej w centrum stolicy kraju. A taki komunikat wyszedłby w świat w razie klapy inwestycji. Jest też inna koncepcja. Również polityczna. – Moim zdaniem Hanna Gronkiewicz-Waltz nie chce, by to muzeum powstało. Odwleka sprawę, kadencja się kiedyś skończy – ocenia radny miasta Dariusz Figura (PiS).
Kerez jednak ma pecha. Bo równolegle z jego dziełem, na podobnych zasadach (też po konkursie, też według projektu zagranicznego architekta), powstaje inne muzeum – Historii Żydów Polskich. Trudniejsze konstrukcyjnie.
A jest na ukończeniu! A więc można?
Teraz ratusz szykuje dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej tymczasową siedzibę – w postpeerelowskim pawilonie handlowym Emilia, gdzie dotąd był sklep z meblami. Współczesne rzeźby zamiast kanapy czy meblościanki? Czemu nie? Może trzeba było wpaść na ten pomysł kilka lat wcześniej. Wyszłoby taniej.