Miał 79 lat, od ponad roku chorował na nowotwór. Absolwent katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom 1957), zadebiutował w tygodniku „Szpilki" jeszcze jako student, tuż po październikowej odwilży.

Potem okraszał łamy różnych inteligenckich periodyków, wydawał zbiorki prac. Posiadam rarytas: opublikowany w 1980 r., trzeci z kolei zbiór: „IFO – zidentyfikowane obiekty latające". A także wydany cztery lata temu „Album przedśmiertny". Również cudo – obok rysunków z różnych lat są króciutkie wspomnienia artysty o sobie i rodzinie, anegdotki odsłaniające jego wpadki, wzruszenia, zawstydzenia; inspiracje.

Nie wiem jednak, w jaki sposób Czeczot wpadł na genialny pomysł przerabiania ludowych makatek (białe płótno, haft ręczny) z rymowanymi umoralniającymi sentencjami na... ich własne przeciwieństwo. Bodaj największym powodzeniem cieszyła się czeczotowa wersja dobrej żony, która tym się chlubi, że gotuje, jak mąż lubi – bez kiecki, w samym fartuszku.

Sam autor tym się chlubił, że rysował, jak mało kto lubił. Przynajmniej w kręgach oficjalnych. Bo Czeczot nie schlebiał nikomu. Charakteryzował Polaka-rodaka każdą kreską, każdym kadrem. Demaskatorski jak Gombrowicz, filozoficzno-komiczny jak Mrożek, jasnowidzący jak Lem.

Styl Czeczota? Absolutne mistrzostwo. Już w latach 70. stworzył własnego bohatera, czy raczej, antybohatera. To rodak z kartofla. Grzesznik pospolity karłowaty. Hipokryta całym sercem i duszą. Odmóżdżony, za to cwany. Niechętny nowinom ze świata i jakimkolwiek zmianom (taki rysunek: chłop i baba skądś wracają, triumfalnie unosząc okrwawione grabie. Podpis: „Koniec ufoka"). Polski kartoflany ludek funkcjonuje na wysokoprocentowym napędzie (moja ulubiona scena: typ siedzi przy stole z flaszką. Godzina 15 – pije, 16:30 – to samo, godzina 23 – nadal to samo. I tak dookoła blatu, jak wskazówki zegara. Podpis: „Józef D. w pętli czasu").

Jego artystyczno-prześmiewczą konkurencję stanowiło trio Andrzejów: Dudziński, Krauze, Mleczko. Żaden nie miał wątpliwości, że Czeczot był najważniejszym z Andrzejów. Guru polskiego rysunku satyrycznego, najostrzejszy i najbardziej dosadny. Uwielbiany przez wszystkich, których mdliło od propagandy sukcesu.

Najgłośniejsze wydarzenia z jego życia, to... konflikty z prawem. W 1976 r. Czeczot został pozwany do sądu przez aktora Ryszarda Filipskiego, popieranego przez komunistyczną władzę, który w rysunku satyrycznym zamieszczonym w tygodniku „Literatura" dopatrzył się osobistej zniewagi. Odbył się groteskowy proces, w którym jako świadkowie wystąpili Kazimierz Kutz i Jonasz Kofta. Kabaret, napisany przez życie. Wyrok: sześć miesięcy w zawieszeniu, pokrycie kosztów procesu i przeprosiny.

A główny „winowajca", czyli rysunek? Taki oto: na stole wódka, pejcz i korona; obok facet ze spluwą; twarz niewidoczna, ukryta pod kapeluszem. I właśnie to była wskazówką. Praca okazała się brzemienna w skutki: rysownikowi odebrano rubrykę w „Literaturze", inwigilowano, szczuto telefonami z pogróżkami. Pięć lat później, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, wpakowano do pudła.

Rok 1982, Czeczot emigruje do USA. Szczęściarz – współpracuje m.in. z „New York Timesem" i „New Yorkerem". Za oceanem zamiast surowych czarno-białych kompozycji pojawiły się bajecznie kolorowe fantazje na motywach „amerykańskiego snu". Chyba zmęczyła go ta nieznośna lekkość bytu, bo niespełna dwie dekady później wrócił do kraju, zamieszkał w Warszawie. Nastąpiła kolejna twórcza przemiana – połączenie wczesnej czarno-białej fazy z jaskrawą zachodnią paletą.

Ale Czeczot nadal obnażał stare i nowe przywary naszego społeczeństwa; dostrzegał pogoń za sensacjami, seksem, kasą. Przedstawiał te tematy zgodnie ze swym satyrycznym, niezdemoralizowanym sumieniem. Niestety, wraz z polskim ustrojem zmienił się odbiorca. Z poważnych pism jedynie „Polityka" okazała się otwarta na jego drapieżność i bezwzględność; inne nie miały oferty dla niego. Skoncentrował się więc na filmie animowanym. Pełnometrażowym, więc niezwykle pracochłonnym. „Eden", rzecz o przygodach Yoozka – polskiego Kandyda, zarazem Odysa, pochłonął pięć lat i przyniósł autorowi nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Do tej konwencji odniósł się Piotr Bikont, realizując dokument „Z Czeczotem przez niebo i piekło".

Skoro o tym mowa – Czeczot miał własną wizję raju: to miejsce, gdzie nie obowiązuje zakaz palenia, choćby pod rajską jabłonką. Oby mu się spełniło.

Powiedzieli

Franciszek Maśluszczak, malarz, grafik

Był jednym z tych artystów, dla których warto było się uśmiechać, człowiek biesiady, cudowny gawędziarze. Jego rysunki dawały dużo radości, ale i zachęcały do refleksji. Czeczot potrafił zawrzeć w swych pracach polską odrębność, prowincjonalność. To, co różniło i różni nas od innych krajów i narodów. Tę narodową przaśność kreślił zawsze z humorem. Lubił nawiązywać do polskiej kultury ludowej. Pamiętam jego serię makatek powstałą za oceanem. Znajdowały się tam wielkie kobiety, latały bociany. Jeden z napisów głosił: „Jak mąż żony nie bije, to jej wątroba gnije".

Henryk Sawka, rysownik, satyryk

Miał nietypową kreskę. Z pozoru toporną, a tak naprawdę niesłychanie wyrafinowaną. Jego rysunki nigdy nie były przegadane, bo Andrzej miał znakomite wyczucie słowa. A jego okładki zrewolucjonizowały „New Yorkera" i zachwyciły Amerykanów. Świadczyły też o świetnym wyczuciu kolorów.

Czeczot był jednym z trzech wielkich Andrzejów (obok Mleczki i Dudzińskiego) którzy dla mnie, młodego chłopaka stali się absolutnymi mistrzami i mieli kolosalny wpływ na moją twórczość. Niebanalność Czeczota polegała też na tym, że wielokrotnie „szedł po bandzie". Nie uznawał tabu. Przyjaźnił się z Maćkiem Rybińskim, a z drugiej strony rysował w „Nie". Odwagą było wydanie niedawno pracy, którą zatytułował „Album przedśmiertny". Rzeczywistość pokazała, że tytuł jest proroczy. Andrzej podchodził do siebie jak do rzeczywistości w swoich rysunkach.