Szymon Hołownia miał bardzo dobrą kampanię, konsekwentny program, dobry PR, niezły język komunikowania się z wyborcami i przyzwoity wynik – jako trzeci w stawce. Ale nie da się robić polityki, jednocześnie jej nie robiąc i udając, że się politykiem nie jest. Chyba że ruch społeczny buduje się sam – na barykadach albo w marszach milionów. Bo odgórnie oddolnego ruchu zbudować także się nie da. A już na pewno nie z perspektywą 30 lat starań.

Wizja jest dość romantyczna: „My, obywatele, w odróżnieniu od nich, polityków, wiemy, co jest dobre dla ludu, i jeśli tylko na nas zagłosujecie, to wprowadzimy parę prostych rozwiązań, które wszystkie sprawy szybko załatwią. Bo my jesteśmy uczciwi – a oni nie”. I jest to manifest prawdziwej postpolityki, która bazuje na rozczarowaniu demokracją parlamentarną, stającą w jednej parze do mazura z gospodarczym kapitalizmem.

No bo skoro przypływ demokracji i pieniądza miał podnosić wszystkie łodzie, to dlaczego z byle powodu zaczynamy tonąć? I okazuje się, że nie ma służby zdrowia, że oszukują nas banki, że wciąż bardziej i bardziej rośnie przepaść między biednymi i bogatymi? Skoro winny nie jest system, to chyba ludzie? Jacy ludzie? Ci, którzy podejmują decyzje, czyli politycy. To oni oddają wszystko miliarderom w zamian za kasę na kampanię i poparcie. To oni nie rozumieją potrzeb prostego człowieka. I wtedy na scenę wkracza Bezpartyjny, a pierwsze, co mówi, to to, że jest bezpartyjny i zbuduje ruch, np. Palikota. Albo Hołowni.

Nie odmawiam Szymonowi Hołowni zdolności i prawa do budowania czego tylko zechce na scenie politycznej (aby w granicach prawa). Ale nie wierzę, że bajka o bezpartyjnym uprawianiu polityki kiedykolwiek poza czasem wielkich rewolucji może się ziścić.

Partie polityczne w Polsce, tak jak i życie publiczne, są bardzo marnej jakości. Nie trzymają standardów, nie budują własnej mądrej poprawności i uprawiają selekcję negatywną. Więc ludzie ich nie lubią. Ale ruch społeczny bez społeczeństwa przejętego chęcią walki z niesprawiedliwością – społeczną, rasową czy jakąkolwiek inną – będzie tylko (albo aż) kolejną partią. A zresztą nawet prawdziwy ruch, kiedy tylko opadnie kurz – jeśli przetrwa – wejdzie do parlamentu i też zamieni się w partię – albo skona.

Szymon Hołownia – nie wprost – poparł Rafała Trzaskowskiego. Otworzył tym sobie i swoim ludziom drogę do polityki trochę bliższej niż ta w roku 2050. Ma do tego prawo – ciężko popracował w kampanii. Ale nie jest ani Gandhim, ani Mandelą. A większość Polaków bardziej tęskni za gomułkowską małą stabilizacją niż za trzymaniem się za ręce i śpiewaniem podniosłych pieśni o Wspólnocie. Jakakolwiek by ona była.