Oczekiwania środowisk międzynarodowych skupiają się na zaprzestaniu blokowania unijnej pomocy dla Ukrainy i sankcji na Rosję. Nie będzie trzeba szukać różnych mechanizmów, aby obejść węgierskie weto, które po prostu zniknie jako wynik woli węgierskiego społeczeństwa. Ukraina wreszcie dostanie przyznane jej 90 mld euro na wsparcie państwa w wojnie z Rosją.

Przekraczanie granic

Kampania ujawniła to, co było oczywiste, czyli prorosyjskość Węgier. Potwierdziły to opublikowane podsłuchy rozmów ministra Petera Szijjártó z jego rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem. Służby obcych państw podsłuchują ministrów spraw zagranicznych, jednak chyba po raz pierwszy użyły podsłuchów przeciwko rządowi innego państwa członkowskiego UE. Czy będzie to już nowym standardem, który może być użyty także wobec Polski?

          Do lutego 2022 r. podejście Węgier do Rosji nie odbiegało od polityki niektórych innych państw europejskich. By zrozumieć źródła tej polityki – podkreślam: zrozumieć, a nie zaakceptować – należy cofnąć się do traktatu z Trianon z 4 czerwca 1920 r., na mocy którego Węgry straciły ponad połowę swego terytorium i znaczną część ludności. By użyć mocnego porównania, to jakby Polska straciła po II wojnie światowej ziemie na Wschodzie, bez rekompensaty na Zachodzie.

Niech będzie dla niego przestrogą przykład Tadeusza Mazowieckiego, który kierując się osobistymi ambicjami spaczył polski system polityczny na dekady. 

Ministrowie spraw zagranicznych rozumieją, o co Węgrom chodzi, rzadko jednak mówią o tym otwarcie. Zrobiłem wyjątek w wywiadzie dla jednego z prawicowych tygodników w 2018 r. wskazując, że Węgry prowadzą politykę rewizjonistyczną, zbieżną z polityką Rosji. To mocne określenie oznacza, że dążą do zmiany (rewizji) granic. Wypowiedź moja wywoła spory rezonans na Węgrzech, jednak w świetle późniejszych wydarzeń nie była pozbawiona sensu.

Chodziło mi wszakże także o polskich polityków, którzy pielgrzymowali do rumuńskiego Băile Tușnad, by wysłuchać przemówień Viktora Orbána do mniejszości węgierskiej. A gdyby tak kanclerz Angela Merkel wygłaszała takie przemówienia do mniejszości niemieckiej w Opolu? Chyba nie bylibyśmy zadowoleni.

Rewizjonizm węgierski przejawiał się też w pozornie niewinnych działaniach, jak choćby propozycje ministra Szijjártó rozwiązania sporu między Serbią a Kosowem poprzez zmianę granicy. Było to bujanie łódką, podważenie zasady nienaruszalności granic w Europie, oczywiście sprzeczne z polską racją stanu. 

Czytaj więcej

Kijów chce do UE w 2027, ale Bruksela hamuje. Kluczowe stolice na „nie”

Zabójczy dla Polski rewizjonizm

By wykazać, że rewizjonizm jest dla Polski zabójczy, przypomnijmy jeden epizod historyczny. Otóż minister spraw zagranicznych Józef Beck dążył do wspólnej granicy polsko-węgierskiej kosztem Czechosłowacji. Na spotkaniu w Gałaczu w październiku 1938 r. zaproponował swemu rumuńskiemu odpowiednikowi poparcie aneksji Rusi Zakarpackiej przez Węgry. Minister Petrescu-Comnèn napisał w swym pamiętniku: „Beck działa zazwyczaj wbrew logice i oczywistym interesom swojego kraju, wyobrażając sobie, że udaje mu się dostosować ludzi i sprawy do swoich życzeń”. Udało się jednak zrealizować ten cel – po zajęciu przez Węgry Rusi Zakarpackiej wojska polskie i węgierskie spotkały się na wspólnej granicy w marcu 1939 r.

Beck tym samym wytyczył drogę innym państwom, bowiem pół roku później na wspólnej granicy spotkały się wojska Niemiec i Związku Radzieckiego. Oszczędzę państwu opisu, którędy ona przebiegała. W każdym razie morał z tej historii jest taki, że Polska powinna zwalczać w zarodku wszelkie przejawy rewizjonizmu.

Słabością polskiego systemu politycznego jest nieprzezwyciężalny spór między posiadającym mandat z bezpośrednich wyborów prezydentem, a mającym kompetencje konstytucyjne rządem. 

Jak wspomniałem, kilka lat temu prorosyjskość Węgier nie raziła tak bardzo. Minister Szijjártó lubił głośno pytać, dlaczego Niemcy i Francja mogą robić interesy z Rosją (i Chinami), a Węgry nie? Trudno było odmówić mu logiki. Jednak to, co było pewnym folklorem, czy też specyfiką Węgier, stało się po agresji Rosji na Ukrainę groźne. Węgrzy chyba uwierzyli, że nadszedł czas na przywrócenie sprawiedliwości dziejowej i odwrócenie postanowień traktatu z Trianon. Kto wie, może zwycięstwo Rosji i porażka Ukrainy mogłyby ten proces zainicjować. Zobaczymy więc, czy węgierski rewizjonizm po wyborach zniknie na dobre.

Koniec Orbána, koniec unijnych wymówek

Choć Péter Magyar zapowiedział zaprzestanie blokowania pomocy dla Ukrainy, nie oznacza to przybliżenia do Unii Europejskiej. Orbán odgrywał bowiem rolę głównego obstruktora i użytecznego kozła ofiarnego, na którego przerzucano odpowiedzialność za blokowanie wsparcia i opóźnianie negocjacji akcesyjnych z Kijowem. Dodajmy, że robił to chętnie, czerpiąc z tego korzyści polityczne i stając się słuchanym partnerem w Waszyngtonie, Moskwie i Pekinie. Nie miał on jednak nigdy monopolu. To przecież premier Belgii Bart De Wever, wsparty przez Włochy, Węgry, Słowację i inne państwa zablokował przekazanie Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów.

Ponosząc wyborczą porażkę, Orbán zadał więc europejskim politykom silny cios, pozbawiając ich dogodnej wymówki. Podobnie jak swego czasu rozwiązanie Związku Radzieckiego zadało cios NATO, pozbawiając go wroga. NATO jakoś przetrwało, choć w nie najlepszym stanie, ale czy przetrwa Unia Europejska?

Czytaj więcej

Piotr Buras: Rozszerzenie UE. Jak przezwyciężyć kwadraturę koła

Porażka Orbána zmusiła już Unię Europejską do zmiany narracji. Dwa dni po wyborach dobrze poinformowany Politico obwieścił, że przywódcy europejscy nie będą jednak, jak planowano, podnosić tematu rozszerzenia na szczycie 23 kwietnia w Nikozji. Gdyby był Orbán, byłoby na kogo zrzucić odpowiedzialność za blokowanie rozszerzenia UE, a tak lepiej problem od razu zdjąć z agendy. To gorzka lekcja dla zwolenników członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej, ale takie jest życie.

Orbána zastąpił na razie francuski minister delegowany ds. Europy Benjamin Haddad, który oświadczył, że rozszerzenie UE będzie „wymagające i opierało się na zasługach”, przez co należy rozumieć, że dojdzie do niego nieprędko, jeżeli w ogóle. Wśród hamulcowych Politico wymienia poza Francją także Niemcy, Włochy i Holandię. Okazało się, że po porażce wyborczej Orbána zachodnie społeczeństwa zaczęły się raptem obawiać zalewu nowych „polskich hydraulików”.  

Nieposkromiony apetyt Unii Europejskiej

Zauważmy też zmiany retoryki. O ile Węgry stosowały „długoletnią obstrukcję wobec członkostwa Ukrainy w UE”, o tyle państwa Europy zachodniej „nie mają apetytu” na rozszerzenie. Nie spodziewam się, aby ten apetyt miał wzrosnąć w przyszłości.

Unia Europejska ma natomiast nieposkromiony apetyt na zdyscyplinowanie swoich dotychczasowych członków, co miałoby nastąpić poprzez zmiany systemu podejmowania decyzji w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Zaraz po wyborach na Węgrzech Ursula von der Leyen podjęła dyżurny temat oświadczając: „Przejście na głosowanie kwalifikowaną większością w polityce zagranicznej to ważny sposób na uniknięcie blokad systemowych, jakie widzieliśmy w przeszłości”.

Ponosząc wyborczą porażkę, Orban zadał więc europejskim politykom silny cios, pozbawiając ich dogodnej wymówki. 

Można zadać pytanie, co ma piernik do wiatraka? Przecież wyniki wyborów na Węgrzech zniosły problem blokowania wsparcia dla Ukrainy, a do tego ważne państwa członkowskie właśnie oświadczyły, że nie „mają apetytu” na rozszerzenie UE. Po co więc akurat teraz podnosić kontrowersyjny temat zmiany systemu podejmowania decyzji?

Przypomnijmy w tym miejscu, że dzięki zasadzie konsensusu Polska i państwa bałtyckie zablokowały zaproszenie Władimira Putina na Radę Europejską w 2021 r. w Paryżu. Gdyby obowiązywała zasada większości kwalifikowanej, zostalibyśmy przegłosowani. Zwolenniczka Putina kanclerz Angela Merkel ciągle twierdzi, że powinien on wziąć udział w paryskim spotkaniu, my jednak pozostajemy przy swoim zdaniu. Słabość Unii Europejskiej nie leży w sposobie podejmowania decyzji, lecz w ich treści.

Węgierska lekcja ważniejsza niż się wydaje

Na ubiegłotygodniowej konferencji na Uniwersytecie Warszawskim b. premier Hanna Suchocka przypomniała, że bezpośrednie wybory prezydenta zostały wprowadzone w 1990 r., ponieważ miał w ich zwyciężyć premier Tadeusz Mazowiecki. Jak wiemy, nie wszedł on jednak do drugiej tury, co powinno być przestrogą dla tych, którzy piszą prawo pod konkretną osobę. Słabością polskiego systemu politycznego jest nieprzezwyciężalny spór między posiadającym mandat z bezpośrednich wyborów prezydentem, a mającym kompetencje konstytucyjne rządem.

Czytaj więcej

Andreas Bock: Węgry Viktora Orbána są zagrożeniem dla wiarygodności UE

Wybory pokazały, że na Węgrzech sprawdza się system mieszany, który łączy okręgi jednomandatowe z listą krajową, co skłania obywateli do gromadzenia się w dużych ugrupowaniach i premiuje zwycięzcę. W konsekwencji premier uzyskuje wszelkie instrumenty do rządzenia. Dobrze życząc Péterowi Magyarowi, niepokoi mnie jego zapowiedź dążenia do wprowadzenia bezpośrednich wyborów prezydenta i zwiększenia jego uprawnień. Niech będzie dla niego przestrogą przykład Tadeusza Mazowieckiego, który kierując się osobistymi ambicjami spaczył polski system polityczny na dekady.

Viktor Orbán bez zwłoki pogratulował zwycięstwa swemu oponentowi. To duży kontrast w porównaniu z gorszącym spektaklem powołania rządu po wyborach 15 października 2023 r. w naszym kraju. Proponuję, byśmy nie pouczali Węgrów, co mają robić, lecz starali się z ich doświadczenia wyciągnąć lekcję także dla nas.

politolog, nauczyciel akademicki i urzędnik państwowy, działacz opozycji demokratycznej w okresie PR

Jacek Czaputowicz

politolog, nauczyciel akademicki i urzędnik państwowy, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Ruchu Wolność i Pokój. Profesor nauk społecznych, pracownik naukowy Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. Były minister spraw zagranicznych w rządzie PiS

Foto: rp.pl