Unia Europejska opanowała do perfekcji sztukę przekształcania najbardziej drażliwych kwestii krajowych w zagadnienia techniczne. Skupiając uwagę na budżetach, celach i wspólnych zobowiązaniach, odciąga narody od ich autodestrukcyjnych nawyków. Obecnie jednak Europa ulega własnej iluzji, zachowując się tak, jakby dawne patologie państw członkowskich przestały istnieć. Tymczasem złudzenie, że obronność i odstraszanie są przedsięwzięciem czysto technokratycznym, stanowi ryzyko strategiczne.

Rosja i Stany Zjednoczone – dwa lęki Unii Europejskiej

Skuteczna obrona ma charakter głęboko psychologiczny. Wymaga ona nazwania tego, czego naród obawia się najbardziej, a następnie przygotowania się na tę ewentualność, jakby była realna – właśnie po to, by do niej nie dopuścić. Europą ogólnie kierują dwa podstawowe lęki: przed dominacją Rosji oraz porzuceniem przez Stany Zjednoczone. Jedynym sposobem uniknięcia urzeczywistnienia się tych obaw jest budowanie niezależnego potencjału.

Problem polega na tym, że państwa europejskie boją się nie tylko aktorów zewnętrznych, ale także siebie nawzajem. Napięcie to jest nieodłącznym elementem każdego sojuszu: wspólny strach przed agresorem z zewnątrz musi przeważać nad wewnętrzną podejrzliwością. UE jednak w dużej mierze pomija tę drugą kwestię. Pod powierzchnią technokratycznego żargonu o projektach PESCO i planu Gotowości 2030 r. ukrywa niezdolność do nazwania tych głęboko zakorzenionych obaw, a tym bardziej do ich złagodzenia.

Czego obawiają się główne mocarstwa, co mogłoby zniweczyć ich dążenia do wspólnego bezpieczeństwa? Dla Francji i Polski odpowiedź jest taka sama: skłonności Niemiec zarówno do dominacji, jak i do porzucenia sojuszników.

Francja potrzebuje Niemiec, by podtrzymać swoje globalne ambicje, które przerastają jej własne, kurczące się możliwości.

Lęki Polski najlepiej widać w reakcji na wysuniętą obecność wojsk niemieckich. Berlin przedstawia swoją brygadę na Litwie jako wyraźny znak determinacji. Jednak Litwini wspominają, że pogłębia to jedynie ich zależność od partnera, którego nie rozumieją. Czy jest to tarcza, czy jedynie siła o charakterze odstraszającym, odzwierciedlająca założenie Berlina, że wywiąże się z zobowiązań wynikających z art. 5 tylko wtedy, gdy zobaczy krwawiących własnych żołnierzy? Z tej perspektywy rozmieszczenie wojsk jest oznaką niemieckiej potęgi i wyrazem głębokiej ambiwalencji.

Z kolei Francja potrzebuje Niemiec, by podtrzymać swoje globalne ambicje, które przerastają jej własne, kurczące się możliwości. Jednak pozostają one ambicjami Francji, a Paryż nie znosi skazania na współpracę z wielkim, prowincjonalnym mocarstwem środkowoeuropejskim. Ponownie pojawia się obawa przed Niemcami, które równie dobrze mogą się wycofać, jak i zacząć dominować.

A Niemcy? Wydaje się, że bardziej niż ktokolwiek inny boją się swojej własnej zdolności do dominacji i porzucenia.

Czytaj więcej

Janusz Jankowiak: Euroskleroza to coś więcej niż chiński problem UE

Dlaczego Niemcy nie ufają własnemu społeczeństwu

Niemcy same wiążą sobie ręce europejskimi mechanizmami, dzieląc się suwerennością nie tylko po to, by uniknąć dominacji nad sąsiadami, ale także dlatego, że niemiecka elita nie ufa niemieckiej opinii publicznej. W Berlinie panuje głębokie, niewypowiedziane przekonanie, że zwykli obywatele są zbyt wygodni i samozadowoleni, by kiedykolwiek postąpić właściwie wobec swoich partnerów. Trzeba ich związać zasadami i strukturami, które zmuszają ich do działania. Architektura UE pełni rolę klatki, stworzonej po to, by chronić Europę przed Niemcami, które w każdej chwili mogą po prostu odwrócić wzrok.

Brak zaufania Niemiec do samych siebie grozi sparaliżowaniem wysiłków UE w dziedzinie obronności. Przejawia się to odmową podejmowania aktywnych decyzji: kształtowania równowagi sił w Europie, karania przeciwników czy wykorzystywania zależności geoekonomicznych. W tym sensie podejście Berlina do europejskiej obrony jest powtórką z wysoką stawką jego reakcji na kryzys strefy euro. Po raz kolejny elita, kierując się brakiem zaufania do własnego społeczeństwa, zdecydowała się na destruktywne zwlekanie i machinalność.

Niemcy wprawdzie inwestują w potencjał obronny, ale odkładają na później podjęcie konkretnych decyzji politycznych dotyczących jego wykorzystania. Tworzą europejską strukturę, która ma zmusić je do działania, wpisując decyzję o podjęciu działań w mechanizm, tak aby żaden polityk nie musiał nigdy brać odpowiedzialności za ten wybór. Wynikiem tego jest niezwykle kosztowna inwestycja w ogólną „zdolność do działania” – sposób na zapewnienie, że zanim kryzys osiągnie punkt kulminacyjny, państwo niemieckie wyda tak dużo, że zabraknie mu środków na wykupienie się z niego.

Czytaj więcej

AfD ucieka CDU/CSU. Dni kanclerza Friedricha Merza mogą być policzone

Strach Paryża i Warszawy przed niemiecką dominacją

Dla Polski powrót argumentu braku alternatywy jest niepokojący. Warszawę przeraża postawa Berlina, który traktuje rosyjskie zagrożenie jako zwykły czynnik planowania administracyjnego, w praktyce prosząc Moskwę, by poczekała do 2030 r., aż Unia Europejska stanie na nogi. Jednak głębszą zniewagą jest to, że Niemcy, poprzez ten celowy legalizm, roszczą sobie prawo do dyktowania tempa i moralnego uzasadnienia działań europejskich. W odpowiedzi Polska obraca swoją geopolityczną przenikliwość w polityczną broń, wykorzystując niemieckie podwójne standardy i historyczne słabe punkty, by podważyć pozycję Berlina.

Zamiast kształtować swoje otoczenie, Berlin odgrywa rolę moralnej ofiary. Jest to logiczny wniosek niemieckiej polityki udawanej bezalternatywności.

Dla Francji to prawdziwa gratka. Celowe unikanie dokonywania wyborów przez Niemcy stanowi dla Paryża doskonałą okazję do zaprezentowania własnych rozwiązań. Równie przydatna jest zaniepokojona Polska. Nie mając pewności co do lojalności Niemiec, Warszawa czuje się zmuszona do przyjęcia twardego stanowiska wobec Rosji, by sprawdzić, czy Berlin pójdzie jej śladem. To właśnie ta jastrzębia postawa, którą Polska stosuje w poszukiwaniu potwierdzenia wsparcia, zraża Niemców, którzy obawiają się, że zostaną wciągnięci w konflikt przez wojowniczego sojusznika. Paryż korzysta na tym, że im bardziej Berlin dystansuje się od Warszawy, tym bardziej obie strony zwracają się ku Francji, aby wypełniła strategiczną próżnię.

Jeśli pozostanie bez kontroli, wspólny strach przed niemiecką dominacją i porzuceniem grozi gwałtowną, destabilizującą eskalacją.  Zamiast kształtować swoje otoczenie, Berlin odgrywa rolę moralnej ofiary. Jest to logiczny wniosek niemieckiej polityki udawanej bezalternatywności.

Czytaj więcej

Marek A. Cichocki: Ofiary niemieckiego narodowego pesymizmu

Niemcy, Francja, Polska i Stany Zjednoczone znalazły się w zamkniętej pętli

Nawoływanie przez Francję i Niemcy do koniecznego nadania UE wymiaru geopolitycznego zakrawa na ironię. W miarę jak Unia staje się coraz bardziej asertywna i protekcjonistyczna, zachowuje się tak, jakby ta zmiana została jej narzucona przez świat, który w niewytłumaczalny sposób stał się wrogi i chaotyczny.

W rzeczywistości Unia Europejska zawsze miała charakter geopolityczny. Kiedyś jednak wykazywała się subtelnością, zmieniając oblicze Europy i poszerzając jej terytorium, nie sprawiając przy tym wrażenia, jakby zagrażała pokojowi. Dzisiaj ta subtelność zniknęła. Zastąpiła ją egoistyczna, nieporadna postawa, w której dyskusje o europejskiej autonomii i „efekcie brukselskim” niosą ze sobą wyraźny posmak moralnej wyższości.

Krótko mówiąc, chaos i wrogość, z jakimi boryka się obecnie UE, wynikają w dużej mierze z jej własnego postępowania: przedkłada ona bowiem przekonanie o własnej nieomylności nad samoświadomość niezbędną do kształtowania sytuacji.

Podwójne zagrożenie w postaci wycofania się Stanów Zjednoczonych i rosyjskiego oportunizmu wynika przynajmniej częściowo z francuskiego protekcjonizmu oraz niemieckiej odmowy przyjęcia odpowiedzialności. Dążenie Paryża do europejskiej autonomii powoduje właśnie te trudności, które rzekomo ma rozwiązać. Zraża to Stany Zjednoczone i destabilizuje sąsiedztwo. To zamknięta pętla, w której przyczyna jest przedstawiana jako rozwiązanie, a międzynarodowe reperkusje stanowią uzasadnienie dla dalszego protekcjonizmu. Niemcy, niemal całkowicie nieświadome geopolitycznych skutków wywołanych przez tę nową, egoistyczną Unię Europejską, godzą się na tę odwróconą logikę.

Czytaj więcej

Marek A. Cichocki: Sojusznik podwyższonego ryzyka

Niemcy zawsze reagowały zbyt późno i w niewłaściwy sposób

U podstaw wszystkich tych problemów leży nieufność niemieckich elit wobec wyborców oraz przekonanie, że zwykli Niemcy nie są gotowi na trudne wybory. Przedstawiciele elity by temu zapewne zaprzeczyli, wskazując na kosztowne wyrzeczenia narzucone społeczeństwu: uniezależnienie się od rosyjskiego gazu, gwałtowny wzrost wydatków na obronność oraz cięcia w systemie opieki społecznej. W rzeczywistości te ogromne koszty społeczne dowodzą tylko tego, jak mało elita ta ufa zwykłym Niemcom.

Niemiecka opinia publiczna prawdopodobnie poparłaby rozsądne zmiany – zróżnicowany koszyk energetyczny, połączenie działań pokojowych i obronnych, zmodernizowane państwo socjalne – gdyby politycy zaufali jej zdolności do poświęceń. Zamiast tego Berlin odkładał podjęcie zdecydowanych kroków, aż zmusiły go do tego wydarzenia w Fukushimie czy w Buczy. Niemcy zawsze reagowały zbyt późno i w niewłaściwy sposób. Odrzucenie energii jądrowej utrwaliło zależność od rosyjskiego gazu, co doprowadziło do ogromnych kosztów związanych z Zeitenwende (zmiana w niemieckiej polityce zagranicznej po 2022 r. – red.), a następnie cięć w systemie opieki społecznej.

W rezultacie mamy do czynienia z sfrustrowanym, podzielonym społeczeństwem. Aby powstrzymać Rosjan i utrzymać Amerykanów, nadszedł czas, by oprzeć się na zwykłych Niemcach. Berlin musi zacząć traktować swoich obywateli jako atut, a nie czynnik ryzyka. Dopiero gdy niemiecka elita przestanie obawiać się własnego narodu, Polska będzie mogła uwierzyć, że jest w stanie stawić czoła prawdziwym zagrożeniom z zewnątrz.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Tekst wyraża prywatną opinię autora

(Tłumaczenie Ryszarda Formuszewicz)

Roderick Parkes

doktor politologii, Senior Researcher w NATO Defense College w Rzymie, były ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM)