Morawiecki raz organizuje alternatywną wigilię, raz nie pojawia się na partyjnej konwencji, bo ma osobną serię spotkań. A to dyskutuje w Jasionce z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, wyrażając poparcie dla PSL-owskiej wersji SAFE 0 procent a to anonsuje powstanie stowarzyszenia „mającego skupić osoby, którym nie pasuje coś w każdej z partii politycznych po prawej stronie”. I które wcale nie ma być partią. Ano skądże! – uśmiechają się ironicznie komentatorzy. Ileż to już było takich stowarzyszeń, które nie miały się przerodzić w partię, a jednak na powstaniu partii się skończyło. Po co więc Morawieckiemu stowarzyszenie? – pytają. Czyż nie po to, by budować swoje środowisko, wzmocnić swoją pozycję? Temu już nie potrafiłby zaprzeczyć.

Czytaj więcej

PSL rośnie w siłę, Morawiecki również. Początek nowej politycznej układanki

Po co zresztą miałby to robić? Nie wycofał się z pierwszego szeregu po nominacji Przemysława Czarnka na kandydata PiS na premiera, bo świetnie rozumie, że Czarnek to zderzak. Ma odegrać pewną rolę w kampanii, ale sprawa premierowania jest otwarta. Więc Morawiecki będzie o to grał. Sam czy w szerszej drużynie. Tym bardziej, że wie, iż na prawicy ma największe kompetencje do kierowania rządem. Nie ma ich Czarnek, nie ma Błaszczak, na pewno nie Kaczyński. Były premier ma odpowiednie horyzonty intelektualne, ma doświadczenie i pomysł na politykę. W tle tych ambicji pozostaje pytanie, czy ta walka odbędzie się w szeregach macierzystej partii, czy też Morawiecki z niej w określonym momencie odejdzie? Ta sprawa jest otwarta. Jeśli odejdzie, to na własnych warunkach – powtarzam to od dawna. Wypchnąć się nie da. Porażka, z perspektywy jego planów, w grę raczej nie wchodzi.

Jarosław Kaczyński ma mało cierpliwości do buntowników

Moi koledzy z redakcji posługują się przy okazji harców „skrzydłowych” PiS barwną metaforą tzw. dużego namiotu. To koncepcja utrzymania pod jednym dachem radykałów i pragmatyków. Gdyby matematyka wyborcza w 2027 roku przyniosła triumf Konfederacji, o wspólnym rządzie mógłby rozmawiać z nimi idący prawym halsem Przemysław Czarnek. Gdyby do układanki potrzebny był PSL, byłaby to rola Morawieckiego. Całkiem to zgrabna konstrukcja, w której rolę głównego filara podtrzymującego namiot wciąż odgrywa Jarosław Kaczyński.

Czytaj więcej

Prof. Sowiński: rozpoczęło się testowanie różnych politycznych układów

Tak, Kaczyński przez całe dekady podtrzymywał szczyt namiotu, ale – by odnaleźć się w poetyce tej metafory – z otwartymi na oścież połami. Od początku istnienia obozowiska wychodziły przez nie setki polityków, którym „nie pasowało coś w partii”. Myślę, nie tylko o „muzealnikach”, środowiskach typu „Polska jest Najważniejsza”. wychodzili z namiotu nawet tacy ludzie jak Ludwik Dorn. Jarosław Kaczyński, który ma niezwykły talent do budowania partii, miał też zazwyczaj mało cierpliwości do buntowników. Do ludzi, którzy nie potrafili się podporządkować jedynej, słusznej linii partii. W tym sensie ideałem polityka w oczach prezesa jest ultralojalny Mariusz Błaszczak. A Morawiecki to raróg: osobnik, który ze względu na swój talent i ambicje ma dwie drogi – albo pójść na swoje, albo… zadziobać lidera. I Kaczyński  – skądinąd geniusz politycznej inteligencji – świetnie to wie. Zbyt wielu stworzył liderów, by tego nie rozumieć. Tyle że – znów odwołując się do metafory namiotu – pozostaje pytanie, czy Kaczyński może być wciąż jego głównym filarem. Na krótką metę tak. Na długą nie. Pomijając kwestię naturalnych procesów próchnienia drewna, można mieć wrażenie, że prezes stąpa po coraz bardziej niebezpiecznym gruncie.

Jarosław Kaczyński zawiązuje straszne sojusze. To nie zostanie mu zapomniane

W Budapeszcie – w misji wsparcia Viktora Orbána – Kaczyński nie tylko zadeklarował się po raz kolejny jako członek antyunijnej forpoczty, to jeszcze na dobre zapisał się do klubu wsparcia Władimira Putina. Jego nadzieje związane z sukcesem Orbána i Marine Le Pen to oczywiste odwrócenie się od Europy i jawna lojalka wobec Moskwy. Nawet najintensywniejszy, antyukraiński ferment Grzegorza Brauna et consortes na polskim rynku politycznym tego ruchu nie uzasadnia. Kaczyński przeszarżował. Z jednej strony rozumiem jego lojalność wobec odwiecznego sojusznika, z drugiej dziwię się, że w tej sprawie stracił intuicję. Budapeszt to dowód, że filar się chwieje. Prezes zawiązuje straszne sojusze. I przez takie sojusze może przegrać. Bo co się stanie, kiedy proputinowska międzynarodówka nie osiągnie swoich celów? Gdy Orbán przegra z kretesem? Gdy Le Pen nie zdobędzie prezydentury? Czy Kaczyński będzie mógł powiedzieć: stoję po stronie nowej Europy? Po stronie wygranych? Swoją drogą przedziwne to odwracanie sojuszy. Na kilka dni przed wyborami na Węgrzech z misją do Budapesztu, by ratować Orbána, wybiera się delegat Donald Trumpa – J.D. Vance. Czyż może być czytelniejszy dowód na sojusz Kremla i Waszyngtonu, niż wsparcie Trumpa dla najbardziej proputinowskiego i antyukraińskiego polityka w Europie?

Z perspektywy rozgrywki europejskiej Przemysław Czarnek to wielkie zero

Cóż, pewnie i Vance nie pomoże. Orbán ma małe szanse na sukces, w grze z Amerykanami trzeba będzie, jak przez całą tę kadencję, robić dobrą minę do złej gry, ale echo budapesztańskich awansów Kaczyńskiego nigdy nie wybrzmi do końca. Kiedy będą szykowali mu w krajowej polityce grobową deskę, fakt, że wbrew ewidentnemu polskiemu interesowi uznał, iż Budapeszt i Moskwa są bliżej jego serca niż Bruksela i Warszawa, nie zostanie zapomniany.

Mateusz Morawiecki był w Budapeszcie, ale poparcia dla Viktora Orbána nie manifestował

Co ciekawe, Morawiecki też był w Budapeszcie, ale w nieco innej roli. Brał udział w naddunajskiej edycji konferencji CPAC i nie uczestniczył w odbywającej się ledwie dwa dni później manifestacji poparcia dla węgierskiego kleptokraty. Intuicja? Świadomy wybór? Nie wiem. Ale bez względu na przyczyny, wykazał się większym wyczuciem niż jego szef z Żoliborza. Był w Budapeszcie, by podkreślić swoją pozycję w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, ale nie zapomniał, że Orbán dał schronienie jego zaciętym wrogom z dawnej Suwerennej Polski. A tych rachunków krzywd żadna dłoń dotąd nie przekreśliła.

Czytaj więcej

To nie Czarnek mógł być kandydatem PiS na premiera. Kaczyński: Nie udało się

Na dodatek – mam wrażenie – były premier chciał zademonstrować polityczną bliskość EKR i sojuszniczych „Patriotów dla Europy”, do której to grupy należy orbanowski Fidesz. Dziś w Brukseli rządzi ktoś inny, ale nie można tracić z pola widzenia strategicznej szansy na przewagę konserwatystów w przyszłości. A w tej grze Morawiecki ma dużo więcej atutów niż Przemysław Czarnek. I będzie miał, bo z perspektywy rozgrywki europejskiej Czarnek to wielkie zero.

Jeśli były minister edukacji i nauki ma do odegrania jakąś rolę, to tylko nad Wisłą i tak jest zresztą sformatowany. Niby profesor, a człowiek z ludu, mówiący krwistym ludowym językiem, powtarzający głośno ludowe stereotypy. Taką ma być właśnie populistyczną strawą. Mówić: OZE-sroze i przekonywać, że od wiatraków krowy tracą mleko, a ludzie nie mogą spać. Czarnek (w tej roli z wyraźnym talentem) jest do szpiku kości ludowy i dlatego też nigdy nie będzie ofertą dla konfederatów spod znaku Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena. Nie ma – przy nielubianym przez konfederatów Morawieckim – żadnych atutów. Nie tylko był w rządzie Morawieckiego (nie mniej znienawidzonym niż rząd Tuska), ale przede wszystkim katował jako minister edukacji najmłodszych prawicowych wyborców. Czarnek to strzał wymierzony w  Brauna i magnes na jego elektorat. Trudno sobie wyobrazić, by Morawiecki zaakceptował jakąś rolę w jego rządzie. Są jak ogień i woda. Nie bez przyczyny powtarza się w pewnych kręgach: Czarnek premierem? Tak, ale na Białorusi. Nie ma w tym wiele przesady.

„Maślarze” to dziedzice politycznej linii Zbigniewa Ziobry

Tyle że prezes Kaczyński wybrał Przemysława Czarnka. Może i sprytnie, ale musiał tym urazić Morawieckiego. Wybór Czarnka na premiera in spe był zresztą tylko „kropką nad i” procesu, który rafinował się przez wiele miesięcy, a nawet lat. Tzw. maślarze to w jakimś stopniu dziedzice politycznej linii Zbigniewa Ziobry i jego Solidarnej Polski. Dla nich największym wrogiem był nie Donald Tusk, tylko Mateusz Morawiecki. Robili wszystko, by go zniszczyć, osłabić jego pozycję i wywrócić jego misję. Określenie „miękiszon” pozostanie w tym kontekście symboliczne. I ważne jest, że w grze Ziobry przeciw Morawieckiemu nie chodziło o żadne pryncypia. O żadne wartości. Była to zwykła gra na wykończenie jednej grupy wpływu przez drugą. Ziobro chciał być premierem, a prowadzone przez niego zmiany w wymiarze sprawiedliwości miały go zaprowadzić na szczyty. Morawiecki przeszkadzał, więc był regularnie atakowany. To, że przy okazji działano wbrew interesowi prawicy było dobrodziejstwem inwentarza.

Czytaj więcej

Mateusz Morawiecki chce budować „obóz patriotyczny”, zakłada stowarzyszenie

Ziobro nieraz demonstrował, że nienawidzi Europy i brukselskich elit. Grzechem Morawieckiego było, że z nimi paktował. A to, że w interesie Polski – nie miało dla polityka Solidarnej Polski znaczenia. Ostatecznie Ziobro zrobił wszystko, by Morawiecki nie zyskał środków z KPO – co było potrzebne do utrzymania przez prawicę władzy. Choć Ziobro jest chwilowo poza grą, Morawiecki świetnie to pamięta. I równie dobrze rozumie, że nowa, wroga mu koteria, jaką są „maślarze”, to dokładnie ten sam układ. Nie chodzi tu o żadne wartości czy pryncypia programowe. „Maślarze” to grupa wpływu, która chce zdominować prezesa i przejąć kontrolę nad partią. Czysto taktyczny sojusz ludzi cudownie bezideowych i średnio kompetentnych. Chwilowo mają przewagę ze względu na rolę Przemysława Czarnka. Morawiecki działa na nich jak czerwona płachta na byka i nigdy nie pozwolą na jego sukces.

Na razie Mateusz Morawiecki czeka i testuje granice wytrzymałości prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Po co więc siedzieć ambitnemu i kompetentnemu Morawieckiemu w takim układzie? Ma więcej wrogów niż przyjaciół. Szanse na rozepchnięcie się żadne. Oczywiście ideałem byłoby przejęcie partii po Kaczyńskim, czyli polityczna sukcesja, tyle że to raczej niemożliwe. Zatem – póki jest prezes i jako filar podpiera konstrukcję namiotu, dba o balans między grupami wpływu, obecność w największej partii prawicy ma sens. Ale kiedy filar spróchnieje i się wywróci, musi w partii prezesa dojść do „nocy długich noży”. I wtedy albo Morawiecki będzie miał na tyle mocną gwardię, że się obroni, albo zostanie zniszczony przez niechętną mu większość. Tertium non datur.

Dziś Morawiecki ciągle jeszcze czeka i testuje granice wytrzymałości prezesa. Wierzga, demonstruje niezależność, zgrabnie się broni wzywany na dywanik. Kaczyński też nie jest specjalnie skory, by się go pozbyć. Świetnie wie, jaka jest pozycja Morawieckiego i jaki były premier nosi w sobie kapitał. Jak długo to potrwa – nikt nie wie. Wszystko będzie zależało od okoliczności. Jeśli partia będzie utrzymywała się w grze o władzę w 2027 roku, Kaczyński będzie trzymał się logiki „dużego namiotu”. Jeśli partia radykalnie osłabnie, prezes rozpocznie cięcie po skrzydłach. Jest jeszcze jeden scenariusz: upadek prezesa. Wtedy dojdzie do „wielkiej wojny wszystkich z wszystkimi”, w której Morawiecki i jego „harcerze” większych szans nie mają. I będą musieli się ewakuować. Oczywiście w scenariuszu „ucieczki z pola bitwy” zastępy i reputacja raczej się kurczą niż rosną.

Mateusz Morawiecki ze Sławomirem Mentzenem a nawet KO po jednej stronie? Niczego nie wykluczajmy z góry

Wszystko, o czym tu piszę, to zdarzenia mierzone na bliską perspektywę. Najbliższego roku czy dwóch. Bardziej jednak liczy się przyszłość, w której dla „zjednoczonej prawicy Kaczyńskiego” miejsca już raczej nie będzie. Prezes PiS słabnie. Jeśli już ktoś będzie integrował siły po prawej stronie sceny politycznej, to Karol Nawrocki, ale ten – jako urzędujący prezydent – na czele rządu nie stanie. Potrzebny będzie ktoś inny. Czy środowisko PiS wyrzeknie się planów, by dzierżyć tekę premiera? Raczej nie. Więc gra o numer dwa po Nawrockim się nie skończy.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Tyle że zmieni się krajobraz. Zamiast „dużego namiotu” dadzą o sobie znać dwa nurty. Jeden radykalnie prawicowy, nacjonalistyczny, prorosyjski i szermujący hasłem Polexitu (nazwijmy go „OZE-sroze”) i drugi ostrożniejszy, konserwatywny, ale też relatywnie proeuropejski. Co ciekawe, te podziały będą przebiegały w ramach dzisiejszych partii. W tym sensie z Grzegorzem Braunem stanąć mogą w szeregu Krzysztof Bosak, Przemysław Czarnek i Patryk Jaki, mając z drugiej strony Sławomira Mentzena, Mateusza Morawieckiego, i dajmy na to – większość grupy „harcerzy”. Ta geografia polityczna rozstrzygnie o losach Polski i jej przyszłości w Unii. A jeśli właśnie ta kwestia stanie na ostrzu noża, pojawią się też nowe sojusze. Możliwe że z PSL Kosiniaka-Kamysza, a może i politykami Koalicji Obywatelskiej po jednej ze stron. Trzeba więc wszystkim patrzyć na ręce i nie wykluczać z góry żadnej politycznej kombinacji. Mam wrażenie, że Mateusz Morawiecki to rozumie i dlatego tak intensywnie gra o pozycję niezależnego lidera. Trochę mu w tym pomagają pracownie sondażowe. Ostatnio w SW Research sprawdzono, że gdyby stworzył formację polityczną, mógłby liczyć na ponad 16 proc. poparcia. To dużo. Zapewne ten wynik musiał go zbudować. Tak jak „maślarze” musieli zadrżeć.