Ale Amerykanin nie wygląda na przekonanego. Nerwowo wyrywa kasjerce bilet, odwraca się na pięcie i rusza na imponujące mury. Będzie mu ciężko, bo chodnik na szczycie muru ciągnie się stromo pod górę, a przygniecionemu za dużym kapeluszem Jankesowi z przyciasnych spodni wylewa się jak budyń z kompotierki spory brzuch. Mimo to dzielnie pnie się w górę w wędrówce po najdłuższej fortyfikacji średniowiecznej Europy, która podobnie jak chiński mur, jest już dzięki Mr. Googlowi widoczna z satelity. Jednak ten mur jest piękniejszy, bardziej na ludzką skalę i zdecydowanie bliżej, u nasady półwyspu Peljesac w Chorwacji. I jeszcze jedna ważna sprawa. Mur w Ston budowali za ciężką kasę i bez ludzkich ofiar zwykli robotnicy. Co prawda był czternasty wiek, słońce grzało jak w Chinach, ale ta praca nie miała w sobie nic z niewolnictwa. Wolna republika Raguzy wyłożyła kosze złotych monet, co przekonało miejscowych Słowian do cięcia i noszenia kamieni. Dlatego praca poszła szybko i sprawnie. I efekty są tak imponujące.

Duży i Mały Ston

W moim prywatnym rankingu oba schowane w cieniu zamków i murów miasteczka to najsympatyczniejsze miejsca w Chorwacji. Uszyte na ludzką miarę, inaczej, niż monumentalny i piekielny Dubrownik. Do zatoki miasteczka Ston wpływa się kiszkowatą zatoką, momentami bardzo płytką. Woda w zatoce jest spokojna, szafirowa i wysmakowana. Wokół hodowle małż i ostryg, dzięki czemu restauracje z owocami morza w Ston uchodzą za najlepsze w kraju. Widok z morza na miasteczko wprowadza przynajmniej w osłupienie. Na pierwszym planie jakiś zaniedbany magazyn, po lewej wielkie solarnie, a przed oczami wzgórze z obwarowaniem w kształcie litery W. Jeśli ktoś nie wie, że to słynny mur, może być przynajmniej zdziwiony. Samo miasteczko jest niewielkie, ale urocze. Kilkadziesiąt zwykle białych domów, ruda dachówka, wąziutkie ulice, średniowieczny kościół Św. Mikołaja, snujące się jak duchy po kamiennych murach koty, eksplodująca z przydomowych ogrodów podzwrotnikowa roślinność, kiście kwiatów oleandra, winogrona, figowce, tu i ówdzie gruby pień palmy, kaleczące dłonie zaborcze krzaki jeżyn. Na przedmieściu nieduża, ale wyglądająca na bardzo solidną twierdza, a ponad tym wszystkim słynny mur. W średniowieczu miasteczko było głównie strażnicą wkomponowaną w system obrony Peljesaca. Mur ciągnął się przez nasadę półwyspu. Ston był miasteczkiem ufortyfikowanym, z trapezoidalnymi obwarowaniami. Defensywną siłę umocnień wzmacniały twierdze. Jedna z nich, fort Veliki Kastio stoi w najbliższym sąsiedztwie miasteczka. Tuż nad nim zaczyna się mur, który przez wzgórze prowadzi w nieznane, czyli na przeciwną stronę półwyspu, do mieściny Mali Ston. Obok kościoła św. Mikołaja czynny klasztor sióstr Dominikanek(?). Przy klasztorze zaniedbany park z czasów Tity. Pewnie celebrowano tu święta komunistycznej Jugosławii. Dziś plac zarósł trawą, a monumentalna aleję platanów ktoś mocno przetrzebił. Tylko pnie drzew świadczą o głośnej przeszłości. To co najbardziej przykuwa wzrok w miasteczku to duża liczba zniszczonych domów. Tylko jedna trzecia kamieniczek jest w pełni zagospodarowana. Reszta nosi widoczne znamiona wojny. Wypalone od środka, bez dachów, z popękanymi frontonami średniowieczne perły. Kto i kiedy je zniszczył? Paweł W., który był tu w połowie lat dziewięćdziesiątych opowiada, że całe miasto było wtedy spalone. Domy nie miały dachów. Zawalone piętra świeciły nagością potrzaskanych belek stropowych. Okna były zasklepione deskami. Nawet cerkwi nie oszczędzono. Ludzie mieszkali na piłkarskim boisku w ofiarowanych przez niemieckie organizacje charytatywne przyczepach kempingowych. Ston niszczono w sposób planowy i barbarzyński. Po co? Bo nie był dostatecznie własny? Bo był cudzy? Bo istniał i był dowodem na to, że katolicka cywilizacja trwała tu od tysiąca lat? Trzeba było go spalić.

Restauracje z owocami morza w Ston uchodzą za najlepsze w kraju

Perła Adriatyku

Palono nie tylko Ston. Prawdziwą belką w oku był Dubrownik, średniowieczna Raguza. Aspiracje niepodległościowe republiki Chorwacji miasto przypłaciło ośmiomiesięcznym oblężeniem. Już w październiku 1991 roku zaatakowano je z dwóch stron. Z morza ostrzeliwała je flota jugosłowiańska, z gór na wschodzie artyleria armii czarnogórskiej. Nie wiadomo, ile wystrzelono pocisków, ale znane są skutki masakry. Pociski artyleryjskie szczerbiły miejskie mury, przebijały dachy i wywoływały pożary zabytkowych wnętrz. Uszkodzono aż sześćdziesiąt osiem procent zabudowy starego miasta. Fasady budynków i ulice nosiły ślady 314 trafień, mury miejskie 111. Pożar strawił dziewięć zabytkowych pałaców, poważnie uszkodzono Pałac Sponza i Pałac Rektorów, klasztor Franciszkanów, kościół św. Błażeja, a nawet sławną Fontannę Onufrego. W oblężeniu zginęło trzy tysiące osób, a dwadzieścia tysięcy straciło dach nad głową. Czarnym dniem dla Dubrownika był 6 grudnia 1991 roku, kiedy do ostrzału artyleryjskiego i z morza dołączyło bombardowanie z powietrza. –To było piekło – opowiada Ivica, który mieszkał wtedy w Dubrowniku. - Trudno było wyjść na ulice, bo co chwila sypał się deszcz odłamków. Płonęły stropy domów. Z zabytkowych pałaców ludzie wynosili nadpalone i zmasakrowane obrazy i renesansowe meble. Paliły się gobeliny, a z okien wypadały szyby. W górę szły słupy dymów. Ludzie chowali się w cieniu murów i na najniższych piętrach domów, ale i ta było niebezpiecznie. Ginęli od odłamków i w pożarach. Po co to komu było? Czemu bombardowała nas matka Jugosławia? Nasi bracia i kuzyni? Po co było niszczyć to historyczne miasto? Po co… Skąd to barbarzyństwo? Czyżby jugosłowiański nacjonalizm wart był więcej od jednego z najjaśniejszych zabytków Europy? Czy serbscy generałowie rzeczywiście wierzyli, ze uda się odebrać nowonarodzonej Chorwacji okruchy dalmatyńskiego wybrzeża? A może, jak inni barbarzyński w historii świata kierowali się prostą logiką, jeśli nie nasze, to niech zniknie? Nie wiem. Dziś nie ma oficjalnych adwokatów tamtych zbrodni. A Dubrownik musiał się odbudować. Pomogło UNESCO. Ustalono, że renowacja odbędzie się z użyciem tradycyjnych technik i materiałów. Największy problem był z dachówką. Przed stuleciami, kiedy Dubrownik budowano, rzemieślnicy urabiali i formowali glinę na własnym udzie. Zastosowanie tej techniki byłoby teraz trudne, więc 200 tysięcy podobnych dachówek sprowadzono z francuskiego miasteczka Agen, a resztę, dwa razy tyle z sąsiedniej Słowenii. Pochodzący z wyeksploatowanych kamieniołomów Korculi biały wapień, z którego oryginalnie budowano domy zastąpiono materiałem z wyspy Brać. Po latach odbudowy Dubrownik wygląda dziś znów jak przed wojną i przyciąga rzesze turystów. Miasto jest znów jak z folderów, choć wnętrza domów i pałaców wciąż kryją duże zniszczenia.

Raguza rządzi światem

Jaka jest historia Dubrownika? Skąd jego wyjątkowy sukces? Przede wszystkim wypada przypomnieć, że wędrujące z błot Europy Środkowej na Bałkany w VII i VIII wieku plemiona Słowian trafiły na tereny co prawda wyludnione (dżuma!), ale o wybitnej tradycji cywilizacyjnej. Rzymska Iliria była terenem całkiem nieźle zurbanizowanym, a tradycje greckie przeplatały się tu z łacińskimi. Przez krótki czas, w okresie Dioklecjana, właśnie stąd, z dzisiejszego Splitu, gdzie zachowały się pozostałości po cesarskim pałacu, rządzono całym imperium. Jednak za Justyniana wojny i epidemie wyludniły Bałkany. Słowianie, w tym przodkowie dzisiejszych Chorwatów zajmowali więc te tereny niemal bez walki. Początki Dubrownika to niewielka osada greckich uciekinierów z Epidaurus (dzisiejszy Cavtat). Azylem przed barbarzyńcami była dla nich wysepka Laus. To tu zbudowano pierwsze miasteczko i port. Już w VIII wieku osada doczekała się sąsiada. Był nim słowiański gród Dubrava (czyli Dąbrowa), który wyrósł – oczywiście ze względów handlowych – naprzeciw wysepki Laus. Zanim w XII wieku zdecydowano się na zasypanie oddzielającego wyspę od lądu przesmyku, obie osady przeżyły 15 miesięczne oblężenie Saracenów. To było IX stulecie; głęboki odmęt wieków średnich sprzyjał aliansom ludów antycznych z nuworyszami; w wypadku Dubrownika ów związek okazał się twórczy i perspektywiczny. Z połączenia Laus i Dubrawy powstała Raguza, republika miejska, która swój wyjątkowy awans zawdzięcza okresowi krucjat. To wtedy była na szlaku intensywnej nawigacji. Tu zawijały krucjatowe statki. Tu się zaopatrywały w wodę i jedzenie. Tu zostawiały część bogactw. Przez 150 lat od początku XIII wieku Raguza uznawała zwierzchnictwo Wenecji. Potem, coraz bardziej autonomiczna przyjęła panowanie królów węgierskich. Ciągle jednak pozostawała republiką arystokratyczną. Rządził nią wybierany na miesięczne (!) kadencje rektor. Wpierały go ciała kolegialne. Raguza rosła w siłę. W XV i XVI wieku powiększyła się o pas lądowy od Cavtat po Peljesac oraz wyspy Mljet i Lastovo. W szczycie prosperity dysponowała flotą 200 statków, siecią licznych konsulatów i prawem do swobodnego handlu na terenie Imperium Osmańskiego. Kupcy z Raguzy płacili Turkom tylko 2% cła i jako jedyni w Europie rozwijali handel białymi niewolnikami. Z początkami historii miasta wiąże się interesująca legenda o jednym z najsławniejszych rycerz wieków średnich. Bowiem to tu, w 1192 roku rozbił się okręt wracającego z krucjaty Ryszarda Lwie Serca. Król Anglii, który szczęśliwie uratował się z katastrofy morskiej i został wyrzucony na brzeg wysepki Lokrum poprzysiągł, że w podzięce Opatrzności postawi na wyspie kościół wotywny. Nie do końca dotrzymał obietnicy. Mieszkańcy Raguzy przekonali go, że kościół należy wznieść w obrębie murów miejskich. Tak też się stało i w ten sposób Republika Raguzy dochowała się niewielkiej bazyliki, poprzednika dzisiejszej katedry. Kontakt z mężnym obrońcą Grobu Chrystusa był jednak rzadkim przypadkiem wpisania się pacyfistycznej Raguzy w militarne kroniki epoki. Raguza nie była specjalnie waleczna. Nie posiadała nawet armii. Miasto chroniła milicja, która w miarę poszerzania się terenów państewka dostawała coraz więcej roboty . I właśnie z tej przyczyny, po zajęciu kawałka Peljesca ojcowie miasta zdecydowali się w 1333 roku na budowę słynnego muru w Ston.

Czytaj więcej

Dubrownik opodatkuje statki wycieczkowe

Mur powstaje i trwa

Czy mur jest piękny? Raczej nie. Nawet przymiotnik imponujący jakoś nie przystaje do tych umocnień. Jest długi, misterny, uroczy. Krajobrazy, które ewokuje rzeczywiście powalają przygodnych obserwatorów po to, by widokówkowych formach zachować w odległych przestrzeniach ludzkiej pamięci. Najciekawsze jest jednak, że jego podstawowy korpus ciągnący się przez najwęższą część Peljesaca od fortu Veliki Kastio do zamku Koruna w miasteczku Mali Ston zbudowano (uwaga!!!!) ledwie w o s i e m n a ś c i e miesięcy za kwotę dwunastu tysięcy dukatów. Ów mur ciągnie się przez 1200 metrów i jest na tyle szeroki, że oddziały broniącej go milicji Republiki Raguzy mogły bez problemów przemieszczać się po nim w pełnym rynsztunku i spychać osiem metrów w dół wdzierających się po drabinach barbarzyńców. Z czasem mur wzbogacono o siedem półokrągłych bastionów, czterdzieści jeden wież obronnych i kilka dodatkowych fortyfikacji, w tym ciągnący się na tym samym dystansie „przed murek” zwieńczony na szczycie wzgórza fortecą o wdzięcznej słowiańskiej nazwie „Podzvizd”. Cała fortyfikacja ma długość około pięciu kilometrów i trzeba przyznać, że pełniła swoją rolę niemal doskonale. Chroniła integralność terytorialną Republiki Raguzy przez prawie cztery stulecia. Raguzańscy kupcy i arystokraci czuli się dzięki niemu bezpiecznie, choć trudno wykluczyć, że skuteczniejsza od walorów obronnych muru była polityka schlebiania królom i dukaty płacone w formie trybutu tureckim sułtanom. Pewnie dlatego, w przeciwieństwie do innych europejskich fortyfikacji znaczenie muru nie zmalało po wynalezieniu artylerii. Raguza tańczyła między mocarstwami z wdziękiem baletnicy aż do czasu Napoleona, który wkroczył do miasta w 1806 roku i powiedział dość autonomicznym rządom rektorów. W 1808 roku miasto zostało włączone do napoleońskiego Królestwa Włoch, a następnie jako Prowincje Iliryjskie stało się częścią Cesarstwa Francuskiego. Ostatecznie o politycznym losie Raguzy rozstrzygnął Kongres Wiedeński, który włączył miasto do państwa Habsburgów. W ten sposób sławny mur z miasteczka Ston przestał być do czegokolwiek potrzebny. Powoli zaczęto go nawet rozbierać, a oba, przyczepione do jego końców miasteczka powoli popadały w ruinę. W 1667 roku mieszkańcy Peljesaca doświadczyli trzęsienia ziemi. Katastrofa powaliła część murów, choć był to i najmniejszy możliwy wymiar kary. To samo trzęsienie ziemi niemal zburzyło Raguzę gubiąc w ruinach pięć tysięcy osób, czyli trzy czwarte populacji miasta. Przyszły Dubrownik, sławna „Perła Adriatyku” nigdy z tej tragedii się już nie podniósł. Zabytki odbudowano, ale przesunięcie szlaków kupieckich na zachód nie dało szansy na odbudową zamożności miasta.

Dubrownik wciąż żyje

I to jak! Jest znów największą atrakcją Adriatyku. Po ulicach miasta przewalają się co roku miliony turystów. Tłoczą się w miejskiej bramie, zadeptują słynną marmurową ulicę centralną Stradun. Odwiedzają kościoły, wędrują jak niekończące się karawany mrówek po murach. W porze lunchu w setkach dubrownickich knajpek nie znajdziesz wolnego miejsca. Wszystko w śródziemnomorskim słońcu, podzwrotnikowym klimacie, przy wilgotności, która sięga w lecie pięćdziesięciu procent. Dubrownik, dawna Raguza to w istocie piekło turystów, zwłaszcza dziś, kiedy po wejściu Chorwacji do Unii Europejskiej Anglicy, Francuzi i Włosi poczuli się w niej jak w domu. Nie wiem, czy miasto jest na taka inwazję przygotowane. Chyba nie, bo narzekać tu można na wszystko, ale… Gdzież jest tak pięknie jak w Dubrowniku. Gdzież można stanąć na wystającym kamieniu ze ściany klasztoru Franciszkanów w nadziei, że się zostanie świętym. Gdzież biel kamiennych ścian domów jest tak przeraźliwa. Dubrownik jest nie tylko piękny, ale i modny. Nawet zbyt piękny i zbyt modny. Dlatego wygrywają z nim Mali i Veliki Ston dwa miasteczka w błędem ortograficznym w nazwie. Za to z najlepszymi owocami morza na świecie. W cieniu murów, które stoją tu od siedmiuset lat.