Pierwszą część swojej książki Ryszard Bugaj zatytułował „Sprawozdanie”. Uderzająco sucho, ale w tym zawiera się cały jego pryncypialny stosunek do rzeczywistości. Mimo że jego kariera polityczna zakończyła się przed 13 laty (potem o politykę już tylko się ocierał), jest przekonany, iż dawnym zwolennikom i krytykom należy się rzetelny raport. Więc go zdaje: bez kokieterii czy skłonności do upiększania.
Powstała autobiografia syna mazowieckiej prowincji, który dzięki zdolnościom, odwadze i ciekawości świata znalazł się na obrzeżach komandoskiej opozycji u schyłku lat 60., potem orbitował po świecie KOR, był pełnym pasji działaczem „Solidarności”, a wreszcie z uporem błędnego rycerza próbował po 1989 r. tworzyć niekomunistyczną lewicę. Dawny lider Unii Pracy trochę obserwuje świat wokół siebie, a trochę próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego się nie udało. Nie zawsze mu to wychodzi, ale przynajmniej unika megalomanii, przeceniania własnej roli. Jest w książce taki jak w życiu: odrobinę zgryźliwy, ale nienarzucający się ze swoimi mniemaniami i marzeniami.